Sylwester z dwójką… dzieci

Już od kilku lat żegnamy rok w swoich wrzoskowych pieleszach.

Trochę z wyboru, trochę z braku laku… 

 

Bale sylwestrowe już nas nie kręcą, jak dawniej… nie dość, że trzeba wydać na taką okoliczność milion monet, to jeszcze wypadałoby nienagannie wyglądać… jakiś fryz, makijaż, kreacja… i rajstopy… o kurwa rajstopy… niechęć do rajstop to wystarczający argument, żeby nie chodzić na tego typu imprezy… aaa i ten kac dnia następnego… fuck… starość nie radość.

Domóweczki?… a i owszem… ale nie z dziećmi u nogi… a oddać ich w duecie to nie lada wyzwanie.

Dlatego nie narażając dziadków, na stres ostatniego dnia roku… a znajomych na ewentualne straty materialne, pozostaje nam nasza własna domóweczka.

Ostatni dzień roku należy celebrować należycie… z dziećmi lub bez. A jako, że          u nas już postanowione i do tego mam kilkuletnie doświadczenie w tego typu imprezach podzielę się z wami przepisem na udanego sylwestra z dzieciakami:

 

po 1. Musicie zadbać o wyżerkę!!!

Spróbuj nie nakarmić imprezowiczów i bankowo zjebią ci cały wieczór.

Musisz się więc zaopatrzyć w ulubione przekąski niziołków: chipsy, popcorn paluszki – to wiadomo, ale do tego jeszcze coś extra…  jakieś ciacho, galaretki, deserki… plus coś na ciepło…. u nas najpewniej będą to kurczaki w płatkach, które robiliśmy np.  TUTAJ  i bagieta czosnkowa – moje chłopaki uwielbiają!

Dzieciaki pojedzą – mniej fochów – lepsza impreza!

Podniebienia starszych są nieco bardziej wymagające i z tej oto okazji wjedzie sushi i inne robactwo…. i tu pojawia się u mnie już ślinotok… robaki uwielbiam!

 

po 2. Nawadnianie

Jako, że dzieci z dużym prawdopodobieństwem przyjmą dużą dawkę cukru, będą biegać jak szalone… bez celu… w tą i z powrotem… upoceni po grzywę… takiego osobnika należy koniecznie nawadniać. Najlepiej wodą… ale wiadomo bez soków się nie obędzie… a do tego jest sylwester więc należy się wyposażyć w napoje wyskokowe typu piccolo…. te koniecznie w kieliszkach… plastikowych – niech poczują się jak paniska.

Starszyzna rzecz jasna uraczy się lekkimi, kolorowymi drineczkami, które mają za zadanie zmienić starych w okazę spokoju… i zwyczajnie pomóc przetrwać ten wieczór.

 

piccolooo

 

W tym roku nasze trunki będziemy tuningować jadalnym brokatem… będziemy sobie wmawiać, że pijemy magiczne eliksiry, które sprawią, że 2019 będzie przezajebisty 🙂 

 

brokat

 

po 3. Dekoracje

Przecież wiecie, że u mnie to punkt obowiązkowy każdej imprezy.

Chyba już jestem zboczona pod tym względem.

Kupuje dekoracje na każdą, nawet najmniejszą okazję… a nawet bez okazji…           Ps. wynajmę piwnice do przechowywania wszystkich moich dupereli!

Wróć…

balony, girlandy, konfetti, słomeczki, kubeczki, miseczki, talerzyki i impreza gotowa. Do tego żarówka disco i pozamiatane 🙂

 

deko-1

 

W tym roku stawiamy na blichtr i splendor… złoto i srebro… dużo… wszędzie… tylko o dziwo brokatu nigdzie nie mogę dostać, bo bym się nim cała obsypała….

i błyszczała tak cały wieczór… i pewnie jeszcze kilka kolejnych dni…

 

Zobaczcie jakie cuda upolowałam na tegoroczną imprezkę

 

 

po 4. Stylóweczka

Jesteśmy w domu i możemy śmigać w dresach, czy piżamach… ale umówmy się, jak się trochę odpicujemy, to nie legniemy pod kocem na kanapie i nie będziemy gnić do godziny 24, żeby zaraz po tym pójść grzecznie spać.  

Możemy sobie na przykład zrobić domowy bal przebierańców, albo przyodziać inne odjechane wdzianko i szaleć odrobinę inaczej, niż zwykle.

 

po 5. Muzyka

No przecież, że bez tego ani rusz. W TV dla każdego coś dobrego… tak pod nóżkę akurat.

My czekamy na zapowiedziany w TVN występ Smolastego… idol pierworodnego. Wiem… powinien wyczekiwać.. nie wiem… Kwiatkowskiego, czy innego guru małolatów, no ale to dziecko jest niereformowalne –  Smolasty Rulez

Zanim zaśpiewa wydziabany, farbowany blondyn na pewno i stara znajdzie jakąś nutę dla siebie… za co z góry przepraszam sąsiadów, którzy jak my – zostaną w domach 🙂

 

po 6. Atrakcje

Nie wiem, jak wasze dzieciaki, ale moje nieprzyzwoicie szybko się nudzą. Zawsze…. i to wszystkim!

Dlatego, żeby przeżyć jakoś ten sylwestrowy wieczór muszę im zapewnić jakieś atrakcje.

Planuje bitwę „cieszynek Fortnite” – nie pytajcie… zobaczcie na czym to polega… będzie też konkurs z balonami, bierki z paluszków, trafianie popcornem w paszcze, pogramy w jakaś planszówkę no i tańczyć będziemy do utraty tchu.

Resztkami sił zobaczymy jak ludzie, ryzykując utratę kończyn odpalają fajerwerki… a potem wystartuje konkurs kto szybciej zaśnie… i jeśli to nie ja wygram ten konkurs, reszta nocy będzie już na zupełnym chillu…

 

Tak naprawdę jak spędzicie ten czas zależy tylko od was. My lubimy właśnie tak.

Najważniejsze jednak żeby razem… bez stresu…. w zdrowiu… z uśmiechami na twarzach…

Tego Wam i Sobie życzę zarówno w sylwestrową noc, jak i na wszystkie kolejne dni Nowego 2019 Roku.

 

Reklamy

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz…

Wpadam do was z szybkim postem…

Równie szybkim jak zrobienie tego co chciałam… ba musiałam wam pokazać.

 

gwiazdka

 

Taaadaaaam

Piękna gwiazda z…. torebek papierowych.

 

gwiazdka1

 

Jest jeszcze czas na dekoracje świąteczne, więc bieguniem do sklepu po torebki śniadaniowe papierowe… klej jakiś pewnie macie, kawałek sznureczka też znajdziecie… i do dzieła.

 

Wykonanie jest mega proste, a efekt…. WOW …. i to za parę złotych

Krok po kroku jak wykonać taką gwiazdę znajdziecie o TU

Są zdjęcia jest filmik. Nic tylko robić hurtowo gwiazdy.

 

Ja swoje torebki kupiłam w Polo markecie. Nie ma znaczenia czy to Marysia, Zosia, czy Jan…

 

torby1

 

50szt. – czyli 4 gwiazdy to koszt ok. 7 zł …. nieźle co?

 

Czy tylko mnie tak kręci okres przedświąteczny, że już dekoruje i kombinuje?

 

Koniecznie pokażcie swoje gwiazdy!!!

Bo zrobicie, prawda???

Hey… Hi… Hello

Witam ponownie!!!

14907578_10207128213514003_3592679360109636075_n

Tak z zaskoczenia… bez ostrzeżenia usunęli bloga mego pierworodnego.

A taki ładny był, amerykański… szkoda

Ok… może nie byłam w ostatnim czasie jego działania zbyt aktywna, ale nastąpiło to       w momencie kiedy wenę miałam i plan działania miałam… a tu pyk strony nie ma…          i zapał jakby zniknął razem z nią.

Odzyskać dawnych postów raczej się nie uda. Bardzo tego żałuję, bo kilka było całkiem udanych do których często wracałam. Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tudzież usuniętym blogiem.

Od dzisiaj jestem!!!

Nie mogę obiecać, że będę systematyczna, ale będę.

Ale, czy w ogóle ktokolwiek jeszcze ze mną jest?????

Każda mama zrobi sama… PINIATA

Czas ostatnio płata mi figle i mija nieprzyzwoicie szybko, pozbywając mnie możliwości zrealizowania wielu mniej lub bardziej ważnych spraw.

Jeśli już kiedyś zaglądaliście do mnie podczas mojej (większej, niż obecnie) aktywności blogowej lub znacie mnie osobiście to wiecie, że lubię mieć łapy poklejone klejem, pomalowane farbą, poprzecinane od nożyka… że lubię tworzyć różne różności…

że generalnie lubię robić coś, dla kogoś, komu moje dzieło sprawi odrobinę przyjemności.

Przez ostatnie 6 lat moim głównym celem jest sprawianie przyjemności moim dzieciom.

Staram się podarować im takie dzieciństwo, które kiedyś będą wspominać z uśmiechem od ucha do ucha. Rzecz jasna staram się to robić każdego dnia, ale są takie chwile, które mam nadzieję zarysują się w ich pamięci najgłębiej.

To dzień ich urodzin… chce żeby wiedziały jak ważny był dla mnie moment pojawienia się ich w moim życiu… jak wiele dla mnie znaczył i jak bardzo każdego roku wzruszam się na samą myśl o tym, że tak bardzo tego dnia mnie uszczęśliwiły.

A ja mogę i chcę w wyjątkowy sposób świętować każdą rocznice pojawia się ich na świecie… moim świecie.

Celebrując dzień ich urodzin, przygotowuję dla nich imprezkę w gronie najbliższych i staram się, żeby zawsze była tematyczna, zgodna z ich aktualnymi zainteresowaniami i żeby nie zabrakło dla nich atrakcji.

Od kilku lat praktykuję pojawienie się piniaty urodzinowej… jej zdewastowanie to najbardziej oczekiwana atrakcja imprezy.

Pierwszą piniatę zmajstrowałam dla pierworodnego w dniu jego pierwszych urodzin.

Wtedy czasu miałam jakby więcej i robiłam ją zgodnie z internetowym tutorialem, sklejając nadmuchanego balona milionami kawałków potarganej gazety. Byłam z siebie dumna, bo wyszła fajnie i zgodnie z jej celem sprawiła maluchowi dużo radości.

 

elmo piniata

 

Trzymałam się takiej wersji przygotowywania przez długi czas… aż pojawił się syn nr 2, który skutecznie zapełniał mój czas 24h na dobę 7 dni w tygodniu.

A zbliżały się 4 urodziny pierworodnego, który prosił o przygotowanie piniaty rodem z ninjago.

Nie mogłam go zawieżć… no nie mogłam… temat był banalny (mamy wiele przedniotów z ninjago), motyw na piniatę też żaden wyczyn, ale to klejenie na tym balonie… na samą myśl o zarwanych nockach, żeby to zrobić wzbudzał we mnie odruch wymiotny…

I wtedy mój genialny umysł doznał olśnienia… wystarczy coś gotowego okrągłego i po problemie.

 

1piniata

 

I tak oto mam dla was szybki sposób na pianiatę i wielką radość u naszych milusińskich:

Potrzebujemy:

– okrągłego, papierowego lampionu (abażuru, lampy). Jak zwał, tak zwał… niedroga rzecz ok 6zł

– kolorowa bibuła

– klej na gorącą lub inny magiczny klej

– 2 tekturowe koła zakrywając wlot i wylot

– pomysł na projekt

i voila…

 

Rozkładamy lampion zgodnie z instrukcją mocując na drucianym stelażu. Zaklejam dół lampionu tekturowym kołem (od środka lampionu), całość ozdabiam kolorową bibułą zgodnie z pomysłem jaki wbił się do głowy, do środka wrzucam słodycze (głównie małe osobno pakowane łakocie: lizaki, gumy, żelki – czekoladek nie polecam w letnie dni, gdyż grozi to ich rozpuszczeniem i uzyskaniem papki po rozsypaniu się słodyczy).

Dzięki temu, że  lampiony papierowe rozkładane są na drucianym stelażu problem z mocowaniem sznureczka też jest z głowy, bo trzyma się pięknie i nie przyspiesza rozwalenia piniaty. Górę zaklejam drugim kawałkiem tektury przyozdobionej jak reszta piniaty z dziurką przez którą przekładam przypomocwanydo stelaża sznurek i gotowe.

Gwarantuję, że tak przygotowana piniata  nie rozerwie się szybciej, niż te przygotowane na balonie. Konstrukcja druciana nie spadnie, robiąc dzieciom krzywdę, gdyż pozostanie przywiązana do sznurka, a sznurek (piniata) zostanie przywiązany do drzewa, drążka, czy ręki osobnika, który będzie na tyle odważny, aby trzymać piniatę uderzaną przez rządne demolki dzieciaki.

Po rozwaleniu piniaty dzieci interesują już tylko suveniry, które z niej wypadły, a wy możecie swoje zdewastowane dzieło, które spełniło swoją rolę wyrzucić do kosza.

Taka pianiata sprawdziła się u mnie już kilkakrotnie. Żałuję tylko, że kiepsko się przygotowałam do takiego wpisu i nie mam zdjęć wszystkich moich piniat. Bo wiadomo jako główna organizatorka imprezy, wiecznie w biegu, fotek nie mogę robić, a oprócz mnie nikt inny o tym nie pomyśli i najczęściej z imprez fotek nie mam prawie w ogóle.

Mam nadzieję, że uda mi się Was zainspirować do wykonania takiej piniaty np. w prezencie dla swojej pociechy, albo wspólnie z maluchem dla podwójnej satysfakcji.

Jeśli uda Ci się przygotować taką piniatę koniecznie mi się nią pochwal. A może masz swoje sposoby na przygotowanie takiej atrakcji dla dzieci. Pokaż… chętnie poznam twoje sposoby.

 

małpka

 

PS. powiem wam w sekrecie, że taka piniata to nie tylko super fun dla dzieci, ale i dorosłym potrafi sprawić wiele radości. A w wersji dla dorosłych można zamiast słodyczy powrzucać inne praktyczne gadżety 😉

 

Enjoy

Matka wraca do pracy…

W życiu prawie każdej matki przychodzi taki moment, że musi… albo chce wrócić do pracy.

I tak oto „przyszła kryska na Matyska”… i ja, matka dwójki również postanowiłam położyć kres nygusowaniu (wiecznemu leżeniu do góry brzuchem – jak to na macierzyńskim/wychowawczym bywa z punktu widzenia… głównie facetów) i dorzucić się do budżetu rodzinnego… żeby mieć na te przysłowiowe waciki.

 

I chociaż trudno w to uwierzyć w całym tym zamieszaniu (wczesne… a wręcz bardzo wczesne wstawanie, ogarnięcie siebie, dzieci, starego, dojazd autobusem! mróz, wiatr, nożownicy) doszukałam się pewnych plusów. Wiecie, takich pozytywnych aspektów wybycia z domu na dłużej, niż zakupy w przydomowej Biedrze.

 

Po pierwsze: Mogę się napić ciepłej kawy!

tak, wiem… niektóre matki mają taki przywilej codziennie, ale przy moich gnomach nie było takiej możliwości… no uwierzcie mi… mimo tego, że jestem (no dobra staram się być) zorganizowaną jednostką nie udawało mi się wypić ciepłej kawy!…

a teraz… ciepła kawka… herbatka… kiedy chce i ile chce… i mogę okrasić to czymś słodkim bez obawy, że ktoś mi to pożre i obejdę się smakiem…

 

Po drugie: Mogę skorzystać z toalety bez asysty…

o ile przy pierwszym dziecku miałam tą sztukę opanowaną, przy drugim już tak lekko nie jest.

Przy Frycku nie ma opcji na chwilę zadumy… mam wrażenie, że on czuje się zobowiązany chodzić za mną krok w krok, taki asystent wolontariusz… opcja zamknięcia drzwi przed nosem smarka wiąże się z zaburzeniem spokoju sąsiadów, gdyż drzeć się gadzina potrafi oskarowo…

a teraz… teraz po pierwsze nie muszę nikomu tłumaczyć, że znikam na chwil pare… absolutnie nikomu nie przeszkadza, że zamykam mu drzwi przed nosem i opróżniam pęcherz do ostatniej kropli (do ostatniej!) zupełnie bezstresowo!

 

Po trzecie: Przebywam wśród dorosłych…

plecy mnie boją od chodzenia na poziomie dziecka (na czworaka)… język dziecięcy już nie jest mi obcy… zapragnęłam rozmów w języku dorosłych…

fakt, czasami rozmówcy intelektualnie nie odbiegają od takiego 5 latka, ale przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia wstawiając zamiast przecinka siarczystą bluzgę

 

Po czwarte: Ploteczki

będąc w domu z dziećmi z ploteczkami byłam daleko w tyle.. od czasu do czasu udało mi się coś przeczytać na pewnym skundlonym portalu podczas drzemki młodszego…

a w pracy… w pracy nie tylko (dzięki dobrej organizacji) mam czas na czytanie ploteczek, ale i słyszę jak sieją je inni, mam z kim o nich podyskutować, a nawet staję się tematem do ploteczek… high life..

 

Po piąte: Zabawki

jako kura domowa sprzątałam zabawki z tysiąc razy dziennie i to tylko po, żeby za parę minut ponownie się oddać tej wątpliwej przyjemności, bo w domu z dziećmi nie ma nudy…

 

zabawki

 

w pracy bałagan robię sama sobie i to z udziałem swoich, dorosłych zabawek… nie, zboczuchu! nie takich, o jakich własnie pomyślałeś…

to spinacze, zszywki, nożyczki, dziurkacze… to właściwie nie bałagan, tylko takie moje feng shui

 

No… to wychodzi na to, że chodzę do pracy z czystą przyjemnością, robię to co lubię i jeszcze mi za to płacą… otóż moi mili, jeszcze takiego stanu nie osiągnęłam.

Mimo tych wszystkich plusów powrotu do pracy potwornie tęsknie za zimną kawą, za towarzystwem mikrusa w kibelku, za każdym piciu, siusiu, hopsasa, za tą chwilą dla pudelka, za rozrzuconymi klockami i minifigurkami…

za moimi dziećmi tęsknie… bardzo!!!

 

16299478_1049427295202414_6098685012901312689_n

 

 Ryczę…. THE END

Złap mnie, jeśli potrafisz…

Trwa gorący, przedświąteczny okres…

jeśli jeszcze nie masz w szafie skitranych prezentów, to już na pewno masz coś na oku. Nie ma, że to tamto… planujesz prezenty dla najbliższych musisz wyskoczyć z kasy… wiedz jednak, że będzie mniej bolało, gdy złapiesz jakieś fajne okazje cenowe…

Musisz wiedzieć, że JA jestem mistrzem w łapaniu okazji… no okey kilka razy zaliczyłam też wtopę, ale generalnie bardzo często udaje mi się wywęszyć mega okazje… upolować jakieś caceńko w śmiesznej cenie…

a potem pieje z zachwytu nad swoją przedsiębiorczością… i ścigam starego, żeby odwołał swoje słowa, że niby ja „nie potrafię oszczędzać”…

 

Jako, że mnie Magia Świąt dorwała już w październiku…

wraz z początkiem listopada już miałam kilka pomysłów… dziecko oczywiście też pomysłami sypało jak z rękawa, albo bardziej jak z reklamy… dlatego pospiesznie spisało list do Mikołaja, żeby tylko na pewno dla niego nie zabrakło.

I tym sposobem miałam czas na przejrzenie i porównanie ofert, co zaowocowało pierwszymi prezentowymi zakupami, które zbierają już kurz w szafach.

W związku z okresem świąteczno-zakupowym postanowiłam podzielić się z Tobą moimi patentami na tańsze zakupy, dzięki którym poczujesz się jak prawdziwy łowca okazji :)

 

po 1 …

jeśli już wiem co chce kupić… a naprawdę staram się wiedzieć… sprawdzam i porównuje ceny….

nie kupuję rzeczy w pierwszym, lepszym sklepie tylko dlatego, że z daleka krzyczy do mnie kartka promocja… chociaż korci.

Ceny sprawdzam w innych sklepach stacjonarnych i w hurtowniach, a potem w sklepach internetowych i porównywarkach…

uwierzcie mi różnice potrafią być kolosalne… a odnalezienie czegoś w niższej cenie jara mnie tak bardzo, że z rozpędu robię kolejne zakupy… oczywiście w promocyjnych cenach

po 2…

jeśli chodzi o sklepy internetowe w których planuję zrobić zakupy zapisuje się do newslettera

dzięki temu otrzymuję często rabat na pierwsze zakupy albo propozycję darmowej dostawy, co pozwala zaoszczędzić troszkę grosza. Ponadto na bieżąco jestem informowana o wszelkiego rodzaju promocjach i mogę z nich skorzystać, zanim stan magazynowy będzie świecił czystkami, a ja będę przeklinać pod nosem, że przeoczyłam…

po 3…

funpage… jeśli jakiś sklep internetowy bardzo mi przypadł do gustu „lubię go” na facebooku … tutaj również na bieżąco dowiaduję się o promocjach lub dostaję dodatkowy rabat

po 4…

programy lojalnościowe… w wielu sklepach proponują przyłączenie się do grona stałych klientów… z reguły z tego rezygnujemy, bo trzeba troszkę poświęcić czasu na podanie wszystkich danych, ale warto… bo potem czekają nas fajne zniżki za uzbierane punkty lub samo członkostwo i też jako pierwsi dowiadujemy się o planowanych promocjach… z tej formy korzystam najrzadziej, właśnie dlatego, że nie chce mi się wypełniać stacjonarnie tych ankiet :)

po 5…

kupony rabatowe

co jakiś czas pojawia się w gazetach… głównie modowych rabaty tzw. weekend zniżek, bierze w nim udział wiele marek i warto pofatygować się z wyciętym kuponem do sklepu po upatrzoną wcześniej rzecz i cieszyć się jej niską ceną… jak dają to korzystam :)

po 6…

stronki internetowe informujące o rabatach i promocjach… jest kilka stron, które informują nas, gdzie aktualnie możemy liczyć na rabat lub gdzie, za jakiś czas szykuję się akcja rabatowa… fajna rzecz, bo możesz się przygotować dużo wcześniej na wymarzony szoping…

po 7…

pytaj o rabaty

gdy korzystam po raz pierwszy z oferty jakiegoś sklepu internetowego i na dzień dobry nie dostaję w prezencie rabatu… pytam o to w mailu lub na funpage’u… no zwyczajnie zadaję pytanie, czy mogę liczyć na jakiś rabat na zachętę i uwierzcie mi często go dostaję… mam tę moc! :)

po 8…

przeglądam gazetki

albo te papierowe, które wpychają mi do skrzynki, albo wirtualne… dzięki temu mogę się przygotować na jakaś fajną promocję… gdyby np. w Lidlu rzucili crocsy i przyszyłoby mi do głowy o nie walczyć, mogę się wcześniej do tego starcia przygotować… i budzik nastawić na 5 rano, żeby się w kolejce ustawić :)

po 9… 

nie daj się oszukać… najczęściej w sklepach stacjonarnych robią taki myk, że podczas akcji promocyjnych „przeklejają” ceny…

idziesz, a właściwie lecisz jak na skrzydłach po swój wymarzony ciuszek z nadzieją, że kupisz go po dużo niższej cenie… bo masz rabat i jakoś tak prościej wydać Ci tą kasę, a tu się okazuję, że po rabacie cena jest taka sama, jaka była wcześniej, albo nawet wyższa..

 

WTF? sobie myślisz!?…  no robią tak… nie wiem, czy mają do tego prawo, nigdy się nie wykłócałam… ale tak się dzieje i wiele osób udaję się na to nabrać… no ale oczywiście nie ja… ja zawsze wiem jakie są ceny początkowe i jeśli mam do wykorzystania rabat wiem, za ile daną rzecz chcę kupić… jak chcą mnie zrobić w lolo wychodzę ze sklepu z niesmakiem i nadzieją, że prędzej czy później i tak uda mi się to upolować w niższej cenie… a niby taka niecierpliwa jestem :)

 

Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na to jak zaoszczędzić na zakupach dajcie znać… chętnie poznam i zastosuje nowe triki… wiadomo, każdy grosz się liczy… a przycięcie na jednym, daje nam szanse na kolejny zakup :)

A tak a propos okazji cenowych… już jutro prawdziwa gratka dla łowców promocji… BLACK FRIDAY!

Wiele sklepów… głównie internetowych oferuje maaaaga zniżki…

aż grzech nie skorzystać, dlatego ja już kupiłam kilka rzeczy po tanioszce na hasło Black Friday, a kolejne mam w „koszyku” i czekam na jutro – jak na łowce promocji przystało :)

 

Udanych łowów … PEACE :)

Houston mamy problem…

Jest mąż i żona… i jest sypialnia… a w niej łóżko…

duże takie, wygodne, idealne do… spania we dwójkę.

W teorii dzieje się tu magia… bo tylko w teorii jest to łoże małżeńskie.

A wszystko to za sprawką okazałych rozmiarów 5 latka, który noc w noc gramoli się między rządnych siebie małżonków… i jak gdyby nigdy nic słodko zasypia grzebiąc u starych nadzieję nie tylko na jakiekolwiek tetate, ale i na jakiekolwiek wyspanie.

 

14680788_968598839951927_2523507074645256969_n

 

Jak żyć się pytam? Co robić? Help, hilfe, aiuto!

Co zrobić, żeby pokochał swoje równie wygodne łózko w swoim! pokoju?

Wyjątkowo każda ciocia dobra rada mile widziana… spróbuję wszystkiego!

Przyznaję się bez bicia, że to moja wina… no nie da się ukryć…
W poprzednim okresie zimowym, stary z racji permanentnego przeziębienia chrapał tak okrutnie, że w obawie przed utratą życia (tak! udusiłabym go poduszką!) postanowił przenieść się do salonu.

Ja absolutnie nie protestowałam mimo, że przyzwyczajona jestem do dotykania wrzoskowych giczy pod kołderką… i w związku z tym przyzwyczajeniem zastąpiłam gicze męża na giczunie synusia…

raz, czy dwa, czy 10 pozwoliłam spać ze sobą i efekty właśnie opłakuje…

Powrót starego do łoża nie wybił młodemu z głowy zabawy w samca Alfa… codziennie na beszczela włazi między nas… i ani prośbą, ani groźbą gada nie przepędzisz…

Generalnie gówniarz zasypia przy nas w salonie znudzony oglądaniem Romana co biega po Wspólnej… potem jest sukcesywnie odnoszony do swojego łóżka… i po chwili, albo dwóch zrywa się jak poparzony i z zamkniętymi ślepiami, po omacku lezie w kierunku sypialni… no masakra!

Jako, że jestem winna zaistniałej sytuacji próbowałam naprawić swój błąd i korzystałam z wielu metod:

– zostawiałam włączone lampki z nadzieją, że przy pełnym oświetleniu będzie spał lepiej – nie pomogło

– obłożyłam superbohaterami, którzy przy wcześniej wymienionym oświetleniu dodatkowo mieli zadbać o dobry sen – nie pomogło

– uwiłam sobie gniazdko tuż obok łóżka… na podłodze spać chciałam, żeby tylko czuł się bezpiecznie! A ta franca myśląc, że już twardo kimam cichaczem uciekł z łóżka i heja do sypialni – znowu porażka

– posunęłam się też do mega wychowawczego triku obiecując gwiazdki z nieba, worki słodyczy, potrójne lody i wypasione zestawy lego – i niestety nie przystał na mój dil…

No i co? Co mam począć? Jak go przekonać, żeby spał u siebie…
Budzę się powykręcana jak sznurówka… nery mam poobijane bo przecież miota nim przez sen jak szatan… strach pomyśleć co to będzie jak młodszemu się zachce kwartetu.

No nie odstąpię im sypialni i koniec! To miała być moja oaza spokoju i namiętności! Coś mi się należy w tym męskim świecie! 

 

Pozdrawia niewyspana i okopana matka polka vel yummymummy
Peace