Zone Romantica…

Piątkowy – walentynkowy wieczór miał mijać pod hasłem balu karnawałowego, ale towarzystwo się wykruszyło i z balu nici.

W związku z powyższym wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji na świecie, czyt. w naszym domu. We dwoje… młodzian został spakowany i odprawiony do dziadków. Także był czas, żeby przygotować wszystko na romantyczną kolacje dla ślubnego.

Od rana szybkie zakupy, doprowadzenie mieszkania do porządku, wstępne przygotowania do kulinarnych eksperymentów, zrobienie Siebie na bóstwo. Potem tylko odpalenie świec, muzyka w tle i można celebrować te wspólne chwile.

Rozpoczęliśmy od d… strony. Jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, rozpoczęliśmy od deseru do którego przymierzałam się od dłuższego czasu. Gdy tylko pojawił się na stole nie mogliśmy się opamiętać.

CHURROS z gorącą czekoladą – yuuuummmyyyyyy

 

churros1

churros21

 

Churros to pyszne hiszpańskie słodkości z ciasta parzonego. Wiele osób się zachwyca ich smakiem, więc koniecznie musiałam się pokusić o ich przygotowanie  i się nie zawiodłam.

Czizys… z tą gorącą czekoladą… lekko cynamonowy smak…eh nie da się opisać, trzeba spróbować… my pożarliśmy w błyskawicznym tempie cały stos.

 

churros31

Długo dochodziliśmy do siebie po takiej wyżerce, a w piekarniku czekała już pierś   z kurczaka ze szpinakiem i mozzarellą. Zapach był taki, że jakoś natychmiast zrobiło się w żołądku miejsce na danie główne. Mięcho serwowałam na sałatce z rukoli i bagietką natartą czosnkiem i oliwą z oliwek (kształt bagietki powstał wbrew mojej woli). Danie ozdabiał chips z żółtego sera w kształcie serca… wiem strasznie infantylne, ale trudno.

 

glowne

IMG_9135

 

Po tym wszystkim wydawać by się mogło, że już nic się nie zmieści. Oj jakże się myliłam…

Od początku wieczoru na stole stały i wołały mnie mini kanapeczki z serkiem śmietankowym i wędzonym łososiem. Miały jako pierwsze uraczyć nasze podniebienia, jako lekka przystaweczka. Wołały nawet głośno, ale ja – czekoladoholiczka nie mogłam się oprzeć gorącej czekoladzie i maczanym w niej churros. No nie mogłam.

Nic to… kanapeczki zawołały ponownie po daniu głównym i się doczekały.

Z radością skończyły tak jak powinny, tylko w odwróconej kolejności.

 

IMG_9072

 

Oj ciężko było odejść od stołu. Niby fajnie…razem, romantycznie, tacy piękni           w blasku świec. Ale brzuszyska pełne, błysk w oku okazał się łzą, która pojawiła się na skutek wysiłku jakim było podniesienie dupska z krzesła. Do kanapy niby niedaleko, ale to i tak nie lada wyczyn. Gdy już się udało… z hukiem runęły dwa ciała, aż sprężyny się odezwały. Miały się odezwać, ale z innego powodu ;)

I tak resztę wieczoru spędziliśmy przed TV sącząc jedynie lekkie drineczki. Obejrzeliśmy dwie genialne komedie, gdzie śmiechu było co nie miara, więc troszkę się spaliło :)

 

drin

Następnym razem deser podam w odpowiedniej kolejności.

Pomyślności i miłości…

Ferie wiosenne…

Yummy Mummy wraca po feriach.

selfie

Spędziliśmy fantastyczne 10 dni w Poroninie koło Zakopanego.

Ferie ze względu na temperaturę bardziej wiosenne, niż zimowe, ale nie ma co narzekać. Lizneliśmy troszkę śniegu – Ruben to nawet dosłownie. Stał się fanem zjadania śniegu z rękawiczek.

Tatuś troszkę pośmigał na desce, a synuś zaliczył kilka zjazdów na sankach i podjął pierwsze próby nauki na snowboardzie. Nie poczuł bakcyla jak padre, ale tylko dlatego, że jest jeszcze zdecydowanie za mały, więcej frajdy miał z ekstremalnej wspinaczki pod zlodowaciałą górkę i wyczynowego zjazdu na brzuchu lub tyłku.

snowboarder

Z racji braku śniegu wojny na śnieżki, ani rodzinnego tarzania nie zaliczyliśmy. Zdecydowanie więcej spacerowaliśmy i relaksowaliśmy się np. na termach w Bukowinie Tatrzańskiej – POLECAM!

Aaaa apropos spacerów, zaliczyliśmy Morskie Oko… i to niestety wspominam najmniej miło… nigdy więcej nikt mnie nie namówi na „spacer” w to urokliwe miejsce. Zakwasy miałam większe, niż po najcięższym treningu z Chodakowską. Masakra… NIGDY WIĘCEJ!!!

Były też mega cudowne i grzeszne momenty… a mianowicie takie, kiedy to powstrzymując ślinotok pożerałam węgierskiego kołacza.

Zdjęcia brak, ale chyba wiecie o czym mówię 🙂

Nie znam drugiego tak pysznego ciacha. Ciepłe, drożdżowe, koniecznie waniliowe…. niebo w gębie. Delektowałam się nimi codziennie. Nawet nie liczę kalorii… zresztą „spacerek” nad Morskie Oko pochłonął tłuszcz pożarty z całego miesiąca, jak nie z nawiązką.

Koniecznie muszę spróbować odtworzyć to w domowych warunkach.

Fajnie, że udało Nam się wyrwać i spędzić tyle czasu razem…

Jutro walentynki… menu gotowe… będzie gorąco…… w kuchni i na pewno się pochwale efektami. Jeśli nie macie jeszcze pomysłu co przygotować zapraszam do mojego wcześniejszego wpisu.

Good Night :)