Pan Kotek był chory…

Dopiero uporałam się z chorym dzieckiem, które mimo faktycznych dolegliwości towarzyszących przeziębieniu znosił to bardzo dzielnie.

A tu przypałętało się mega niebezpieczne, rozkładające na łopatki choróbsko Pana Taty.

Jak to w przypadku facetów bywa jest ono znacznie bardziej spektakularne, niż       w przypadku dzieci, o kobiecie już nie wspomnę.

Tak moim drodzy… mój ukochany facet jest na granicy życia i śmierci.

Wzdycha… parska… charczy… jęczy… smara… siorpie…  nieustająco sygnalizuje swój agonalny stan.

Co więcej… żeby nawet na chwilkę mi nie umknęło, że aktualnie Pan Domu jest       w krytycznym stanie informuję mnie na bieżąco o pojawiających się dolegliwościach:

„zimno mi… gorąco mi… z nosa mi leci… gardło mnie boli… gorączkę mam… głowa mnie boli… nie mogę się ruszyć….” Fuck! – krzyczę w myślach.

Ponieważ nie jestem istotą pozbawioną jakichkolwiek uczuć … współczuję… głównie sobie.

Ale podam herbatkę z cytrynką… przyłożę rękę do czoła zapewniając po raz setny, że temperatura chorego nadal nie przekroczyła 36,6… podam lekarstwa mające przynieść ulgę męczarniom, mając nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

Potrafię znieść wiele… mimo, że czasami przecedzę przez zęby dosadny komunikat „weź się ogarnij człowieku” to generalnie powstrzymuję się od tego typu komentarzy i próbuję okazać odrobinę współczucia.

Ale wszystko do czasu… w nocy niestety budzą się we mnie mordercze instynkty… słysząc chrapanie, sapanie i inne takie uwierzcie mi walczę ze sobą,  aby nie skrócić jego męki i nie udusić poduszką…

O ile w ciągu dnia wszelkie demoniczne dźwięki znoszę z pokorą, tak w nocy kiedy liczę na totalny reset w sypialni słysząc ćwiczenia aparatu artykulacyjnego męża mego, które przypominają zwierzęce odgłosy dostaję szału…. nocka z głowy… i jak tu przetrwać kolejny dzień mając w 10 stopniowej skali wkurwienia poziom 9.

Wyobrażacie sobie jak trzeba kochać takiego osobnika, żeby mu krzywdy nie zrobić… to chyba jedyny ratunek dla niego.

 

13b919438259814cd5be8cb45877d577

 

A propos tej jakże popularnej sytuacji, kiedy to facet chory staje się osobnikiem nie do zniesienia wyczytałam, że kilka lat temu przeprowadzono test „Męskiej Grypy”.

Stwierdzono, że są cztery typy chorego faceta, a test miał pokazać jaki typ jest dominujący na terenie naszego kraju.

Ludzie (głownie panie) rozwiązywali sumiennie test, aby dowiedzieć się jak szybko i skutecznie uporać się z marudzącym na różny sposób facetem, którego dopadło przeziębienie. 

Test uświadomił respondentki, że mamy do czynienia z następującymi typami chorego faceta: Misiaczek, Superbohater, Czaruś i Diwa.

Pierwszy delikwent MISIACZEK charakteryzuję się tym, że niemal błagalnie prosi   o herbatkę, kocyk, pilota od telewizora, czy o odrobinę współczucia.

Drugi SUPERBOHATER to typ dla którego niestraszne są objawy ustrojstwa jakim jest grypa, czy przeziębienie. Nawet przy mega wysokiej temperaturze chojraczy      i jest gotowy do wykonywania codziennych obowiązków.

CZARUŚ to typ, który wzrokiem niczym kot ze Shreka wybłaga czego dusza zapragnie. To przebiegła bestia. 

A DIWA drogie Panie to typ, który podczas choroby nie wskoczy w stare dresiwo, tylko przyodzieje nienaganne wdzianko, aby cierpieć dostojnie. Do tego wszelkiego rodzaju odgłosy paszczowe takie jak kasłanie, chrząkanie, wzdychanie przepełnia dramaturgia, odgrywa przy tym oskarową rolę.

I niestety z każdym z tych typów trzeba postępować inaczej, aby przyspieszyć ich proces rekonwalescencji. Jakbyśmy miały mało na głowie, musimy umiejętnie rozpoznać jaki typ chorowitka nam się trafił i działać według odpowiedniej strategii dla każdego z typów. Masakra.

I tak, chcesz wyleczyć MISIACZKA musisz go regularnie przytulać, głaskać                   i współczuć. Potrzebuję on w tych niesłychanie trudnych dniach choroby mnóstwa czułości i szczególnej opieki.  Ja pierdziele mi nawet włosów (mimo, że mam krótkie) podczas ciążowych wymiotów nie miał kto potrzymać.

Aby wyleczyć swojego SUPERBOHATERA nie możesz robić nic na siłę. Wiadomo będzie udawał, że nic mu nie jest, a my musimy go podziwiać za jego postawę, że mimo tak „ciężkiej” choroby tak świetnie sobie radzi, że jesteśmy z niego takie dumne i że imponuję nam taką postawą.

Mój boże… za jakie grzechy ja się pytam! Mnie nikt nie podziwiał jak po cesarce sama ogarniałam dom i dziecko, skręcając się z bólu, bo tatuś dostał uczulenie          i dotknąć się niczego nie mógł!

Czaruś podobnie chyba jak misiaczek potrzebuję naszej uwagi. Powinnyśmy go wychwalać i podkreślać jakie jesteśmy z niego dumne, że tak sobie radzi w chorobie i nie traci przy tym uroku. Jasne, a jak już wyjdzie z tego to mu medal podaruje taki piękny pozłacany – na szczerozłoty jakoś za mało mnie czarował… franca.

Chcąc natomiast uleczyć naszą męską DIVĘ musimy zapewniać, że choroba nie odciska na nim swojego piętna, że nadal ma mnóstwo uroku. No szczyt… żebym usmaranemu facetowi wmawiała, że i tak niezłe z niego ciacho, gdy podczas mojej chwilowej niedyspozycji widzę zniesmaczony wzrok lubego wołający o jak najszybsze doprowadzenie się do porządku. Hell no!

No i co drogie Panie? Który typ pasuje do waszego faceta?

Bo mój to mieszanka (wybuchowa jak się okazuje) każdego z tych typów.

Błaga o odrobinę współczucia i opiekę (misiaczek), rzuca jakieś dziwne spojrzenia jak poczuję głód lub pragnienie (czaruś), ostentacyjne chrząkanie i kaszel opanował do perfekcji (diwa), mimo fatalnego samopoczucia po mozolnych prośba dziecka ruszył dupę i ułożył z nim puzzle… no wyczyn nie z tej ziemi (superbohater jak cholera).

I teraz jak sobie z takim pacjentem poradzić?

Zacisnąć zęby, podać herbatę i w wieczornym pacierzu prosić o szybką poprawę stanu jego zdrowia.

Amen

Sorry… taki mamy klimat…

Sezon na przeziębienia oficjalnie uważam za otwarty.Po pięciu dniach nieopisanej radości z możliwości bycia przedszkolakiem moje dziecko się rozchorowało….W niedzielę pojawiła się gorączka.. potem codziennie nowa dolegliwość…katar, kaszel i nieustający niepokój matki o zdrowie dziecka…

Teoretycznie dziecko znosi to lepiej ode mnie… apetyt i siły witalne go nie opuściły… choroba absolutnie w łóżku go nie zatrzymała, jak szalał tak szaleje, a matka wychodzi z siebie w obawie przed pogorszeniem jego stanu zdrowia… latam z termometrem celując w czoło młodziana co parę minut, kilka razy na dobę kontroluję starannie jego ciałko z nadzieją na niedoszukanie się żadnych plamek, otworzyłam swoje małe laboratorium tworząc domowe specyfiki mające przynieść ulgę wypluwającemu swoje płuca stworzonku.

Zapach cebuli unoszący się w mieszkania doprowadza mnie do niekontrolowanych odruchów wymiotnych. Ale co poradzić… skoro nie mogę wziąć choroby na siebie… robię wszystko, żeby mu pomóc… od tego jestem.

Oczywiście wizytę u lekarza zaliczyliśmy… musiałam się upewnić, że to nie jest nic groźnego. Generalnie nie panikuję bez powodu, lekarza odwiedzamy w ostateczności, ale ostatnio człowiek się tyle nasłuchało nagłych, nieprzyjemnych      w skutkach przypadkach chorób u dzieci, że wolę dmuchać na zimne. 

Zalecenia to syrop, kropelki do nosa i będzie dobrze. Będzie na pewno, ale jak każda matka chcę żeby było dobrze już, natychmiast… nie mogę patrzeć jak moje dziecko próbuje wypluć sobie płuca i przerażony nie wie co się z nim dzieje.

Dlatego ruszyłam na pomoc z babcinymi przepisami i tak oto powstało moje kuchenne laboratorium, a w nim znany od wiek wieków syrop z cebuli (pokrojoną cebulę zalewam miodem i czekam, aż puści sok… obrzydlistwo, ale pomaga i o dziwo bardzo smakuje mojemu dziecku).

syrop z cebuli

Dodatkowo regularnie podawane są napoje słodzone miodem (miód, jak wiadomo działa nawilżająco i łagodzi podrażnienia), herbata z cytryną i sokiem malinowym wciskana jest młodzianowi co chwil parę…po serwowaniu czosnku i imbiru dziecko bankowo będzie miało traumę, ale czosnek pełni rolę antybiotyku, ma silne działanie antybakteryjne, natomiast imbir posiada właściwości, które hamują proces zapalny. To idealny duet przy walce z przeziębieniami.

cytrynka

tea

To nie koniec naszych zmagań z choróbskiem… 2 razy dziennie przeprowadzamy inhalacje z soli fizjologicznej... wdrożyłam nacieranie maścią rozgrzewającą, bo spirytusem jakoś się lękam… 

no i oczywiście zrobiłam ROSÓŁ…

rosołek2

 

Rosół dobry na wszystko. To ulubiona zupa mojego dziecka, zresztą chyba każdego malucha. Próżno u nas szukać np. pomidorówki nazajutrz, gdyż 5 l. gar jest pochłaniany jednego dnia. I to tylko przez naszą trójkę.

Ale co zrobić, żeby rosół był dobry?

Przepisów jest milion pięćset sto dziewięćset i każdy uważa, że rosół robi genialny. Ja również :)

Podstawą rosołu jest mięso… żeby się nie zmarnowało najlepiej takie, które potem chętnie zjemy, dlatego u mnie jest to zazwyczaj kurczak (skrzydełko, nóżka) i indyk (skrzydełko). 

Większość z Was pewnie dodaje wołowinę, ja tego już nie robię… smak rosołu zupełnie się dzięki niej nie zmienia, a gotowanej wołowiny nikt u nas specjalnie jeść nie chce.

Do rosołu dodajemy włoszczyznę… rzecz oczywista… marchewka, pietruszka, seler, por…

Ja dodaję jeszcze cebulę (najlepiej opaloną, tudzież przypaloną),ok. 3 ząbków czosnku, pęczek natki pietruszki i kilka liści lubczyku (zamroziłam sobie tatusiowy lubczyk i mam)

Do rosołu dodaję również liść laurowy suszony (złamany – ponoć lepiej wydobywa smak), kilka kulek ziela angielskiego i pieprzu, sól i pieprz mielony.

Absolutnie nie dodaję żadnych ulepszaczy smaku, żadnych kostek rosołowych, veget, kucharków i innych cudów.

Zdarza się, że rosół wychodzi za blady. Wówczas można trochę oszukać oko i dodać odrobinę kurkumy lub szafranu. Bez obaw! Nie zmieni to smaku waszego rosołu. Ja tego nie robię, bo mój rosół jest zawsze idealny, pięknie żółty i klarowny. 

rosołek

Ostatnio oglądałam program kulinarny, w którym szef kuchni polecał dodać do rosołu wątróbkę drobiową. Ma to poprawić smak rosołu. Nigdy wcześniej tego nie robiłam mimo, że bardzo lubię wątróbkę drobiową, ale mój mąż.. delikatnie mówiąc za nią nie przepada, dlatego odpuszczałam sobie ten zabieg.

Jednak pan prowadzący program bym tak przekonujący, że pokusiłam się i dorzuciłam do swojego rosołu i wiecie co? faktycznie rosół jest jeszcze lepszy niż wcześniej… mąż nie narzeka bo nie wie, a zajada się wzdychając do talerza.

Rosół z dodatkiem wątróbki bardzo mi przypomina rosół mojej babci… mimo różnych prób nigdy nie udało się ani mi, ani nikomu z rodziny odtworzyć tego smaku. Teraz znalazłam na to sposób. Dobry rosół to panaceum na wszelkie dolegliwości. Wiedzą to nie tylko walczący z przeziębieniem, ale również szczęśliwi posiadacze syndromu dnia poprzedniego. 

 

pożeracz

 

A wy jaki macie domowe sposoby na walkę z infekcjami?
I jaki znacie patenty na pyszny rosół?
Doradźcie… matka wysłucha!

Domowy Fast Food…

Zdarza mi się po „wyczerpującym” shoppingu wciągnąć w „galerianych restauracjach” jakieś małe świństewko.

Z tej jakże bogatej oferty śmieciowego żarcia wybieram mniejsze zło (przynajmniej tak mi się wydaję), nie jadam kanapek, których zawartość jest zazwyczaj jedną wielką niewiadomą. Wybieram takie mięcho, które jak mięcho wygląda. Mimo smażenia na głębokim oleju, nadal skrzydełko wygląda jak skrzydełko.

Taki mikro zestawik wciągnę, popiję wysoko kalorycznym napojem słodzonym i …. niestety nie mam żadnych wyrzutów sumienia…No ale tego typu sytuacje na szczęście nie mają miejsca zbyt często… czuję się rozgrzeszona :)

Gdy nie mam w planach buszowania po galeriach, ale mam ochotę na chrupnięcie czegoś z serii fast food… wpadam do kuchni i przygotowuję coś, z czegoś… w co aktualnie jest wyposażona lodówka.

Najprościej jeśli znajdują się w niej skrzydełka, bo to tylko kwestia zamarynowania, wrzucenia do piekarnika i robi się samo… ale nie… w mojej lodówce zagościł ostatnio gigantyczny filet z indyki. Sam się nie zrobi… zatem matko bierz się do roboty…

Ok, myślę… nie jest źle… mięsko zmielimy i dziś w menu będzie Herr Burger w towarzystwie kolorowych frytek. Coś czego w pozadomowych warunkach nie ruszam, po samodzielnym przygotowaniu wciągnę z prędkością światła…

so let’s do it!

 

burger2 (2)

 

Potrzebujemy mięsko… u mnie zazwyczaj jest to mielone z indyka, ewentualnie wołowe…bułka – dowolna ciemna lub jasna, z ziarnem lub bez, kto co lubi…do tego liść sałaty, plasterek pomidorka, ogórek kiszony, cebulka czerwona – dodatki wg uznania…i sosik – u mnie jogurt grecki z ketchupem…

Mięcho jeśli mamy w kawałku mielimy, doprawiamy jak lubimy… grillujemy lub smażymy…podgrzewamy bułę…mięso i dodatki układamy w dowolnej kolejności na bułce i pożeramy oblizując się ze smakiem…

 

burger4.jpg

burger5

 

Frytki wyjątkowo nie z ziemniaków, a z marchewki i pietruszki.

Musicie koniecznie spróbować, smak pieczonych warzyw zaskakuje… pieczona pietruszka to moja faworytka w tym daniu… yummy

 

fryty1

 

Marchewkę, pietruszkę (może być też seler) skroimy w słupki. Wrzucamy na kilka minut do wrzącej wody, osuszamy, wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia… skraplamy oliwa z oliwek, posypujemy solą i ulubionymi ziołami (tymianek, bazylia, oregano…), wkładamy do nagrzanego do 200 st. piekarnika i pieczemy ok. 30 min… obserwujemy, żeby się nie przypaliło!

Do tego jogurtowo-czosnkowy sosik i niebo w gębie

 

fryty2

fryty3

 

Domowy fast food…  kto by pomyślał, że do szczęścia tak niewiele potrzeba…. hmmm … a zakupy można zrobić wirtualnie…bez wychodzenia z domu… też dają dużo przyjemności…

Wake Me Up In July….

Nie ma się co oszukiwać… wakacje dobiegły końca… wskazuje na to nie tylko pogoda…- młody rozpoczął edukację… – pojawił się wilczy apetyt na treściwe, tłuste żarcie i gorące zupy, a co za tym idzie zauważono wzmożoną aktywność matki w kuchni…- robienie grzańców staje się rytualną, wieczorną czynnością….- rozpisałam mnóstwo pomysłów na kreatywną zabawę z dzieckiem w domu….- zapoznałam się z wieczorną ramówką poszczególnych stacji telewizyjnych…- przygotowałam listę czynności remontowo-konserwacyjnych odkładanych„na wieczne zaś”… hmmmza oknem szaro, buro i nijak, więc w domu będzie co robić…

Wakacje…. tak wyczekiwane minęły jak z bicza strzelił.

Nie wiem jak Wy, ale My co roku wybieramy ten sam punkt na mapie… Kołobrzeg. Ośrodek niegdyś zakładowy, gdzie jako dziecko jeździłam z rodzicami i bratem. Teraz sprywatyzowany, ale nadal urokliwy.

Małe domki po modernizacji bogatsze o toaletę i stylową tapetkę spełniają w pełni nasze oczekiwania co do wakacyjnego lokum.

Sam ośrodek idealny dla rodzin z dziećmi i blisko morza. Dodatkowo każdego roku zaskakuje designerskimi nowinkami. W tym roku była to dekoracja przy publicznych prysznicach. Ktoś wykazał się niesamowitą kreatywnością… jednak ropuch ulokowany na szczycie „pomnika” – raczej na pocałunek nie miał co liczyć. Kto by się połasił na takiego kiblowego księciunia?

 

księciunio

 

Na „naszym” ośrodku spotkać można ludzi, którzy podobnie jak ja przyjeżdżali        X lat temu. Dzieciaki z którymi biegałam, teraz już dorośli przyjeżdżają ze swoimi rodzinami, tak jak ja. Mam sentyment do tego miejsca. Inni jak widać też.

 

DCIM100GOPRO

 

Teraz Kołobrzeg jest jeszcze piękniejszy niż 30 lat temu, ba niż 3 lata temu.

Piękne, szerokie plaże… rewelacyjne ścieżki rowerowe… mnóstwo atrakcji… i cisza (no chyba, że akurat jest Sunrise :).

Jedyny minus to temperatura wody… ja jako istota ciepłolubna morskich kąpieli nie uraczyłam od… fiufiu…. nastu lat. Temperatury wody 11 st. to dla mnie żadna frajda, przy dobrych frontach 18 st. to nadal za mało. Ale dzieciom to nie przeszkadzało (mi ponoć kiedyś też nie)… sine usta, dreszcze… pfy… nic nie zepsuje nadmorskiej zabawy…

 

DCIM100GOPRO

 

Nasze wakacje są prawdziwie rodzinne… oprócz naszej trójki, meldunek na Ośrodku miał mój brat z rodziną, rodzice i znajomi, których z uwagi na urok tego miejsca i sentyment (o którym wspomniałam) co roku przybywa.

Takie wakacje są najlepsze i nie zastąpią ich żadne zagraniczne wojaże. Wszyscy moi bliscy razem. Bajka…

Jak to na wakacjach bywa… niekontrolowany ślinotok pojawia się na każdym zakręcie. Zapachy docierające do naszych nozdrzy nie pozwalają przejść obojętnie   i pożeramy gofry, lody, rybki smażone, wędzone… i punkt obowiązkowy w Kołobrzegu RACUCHY z bitą śmietaną i jagodami. Nie ma takiej siły, która by sprawiła, że ich nie pochłonę. Po prostu muszę!!!! Wam też polecam…

racuchy

Będąc tam robię sobie wakacyjną dyspensę i wcinam bez opamiętania, wmawiając sobie, że dzięki wycieczką pieszym jakie serwowaliśmy sobie każdego dnia wypoczynku (ok. 20km) dupa nie urośnie. Dobre sobie…

rybka

 Z racji tego, że pogoda przez cały 14 dniowy pobyt nam bardzo dopisała, spędziliśmy ten czas dość aktywnie. Oprócz codziennych wycieczek pieszych, liznęliśmy wycieczek rowerowych i zabaw na plaży… siatkóweczka, frisbee, robienie samolotów, młynków, taczek, gwiazd, rozgwiazd…. wole to od biernego „plażingu-smażingu”…

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Dwa tygodnie kołobrzeskiego wypoczynku dobiegły jednak końca. Niestety….
Podsumowując: wakacje uważam za baaaardzo udane… pogoda jak w tropikach… dziecko od rana do wieczora na dworze, wybiegane, wybawione, szczęśliwe… skóra muśnięta słońcem… podniebienia uraczone nadmorskimi przysmakami… reset synaps zaliczony… ploty ze znajomymi nadrobione… akumulatory podładowane… plany na przyszłe wakacje ustalone…

Kołobrzegu do zobaczenia za rok… arrrr

DCIM100GOPRO