Zmiany u podwójnej mamy…

Kiedy urodził się Ruben nasze życie wywróciło się do góry nogami…

doświadczyłam zupełnie nowego uczucia… takiego, którego nie da się opisać… stał się dla mnie całym światem…

Miłość do tego małego człowieka wypełniała całe moje serce. 

Tymczasem pewnego dnia okazało się, że już wkrótce w sercu trzeba będzie zrobić miejsce dla nowego członka rodziny. 

Przez 9 miesięcy myślałam jak to będzie, czy się w ogóle da… przecież kocham tego mojego czorta ponad wszystko… jak to zrobić, żeby tą miłość podzielić… 

i nadeszła chwila, kiedy pokazano mi zawiniątko z wielkimi oczyskami… spojrzały na mnie, jakby chciały powiedzieć „w końcu Cię widzę mamusiu”… i stało się… zakochałam się tak jak 4 lata temu… i wtedy wszystko było jasne… wcale nie muszę szukać miejsca w sercu dla tego drobiażdżka, nie muszę dzielić mojej miłości… moja miłość się pomnożyła… 

kocham moich chłopaków szalenie… jestem wdzięczna za każdą chwilę z nimi spędzoną… mimo, że nie jest łatwo z dwójką temperamentnych osobników…

 

oni

 

Muszę przyznać, że jest kolosalna różnica między ogarnięciem jednego dziecka, a ogarnięciem dwójki – umówmy się małych dzieci… 

Z pierworodnym to był high life… 

młodzian po opróżnieniu cyca z nabiału zasypiał na dobre 3-4 godzinki… nie wiedziałam co to kolki, ulewanie… szczerze to nawet nie pamiętam, czy on w ogóle płakał… dzielny był jak franca, nawet na szczepieniach…

jedyne czego mogłabym się doczepić przez 4 lata jego istnienia to fakt, że od urodzenia jednorazowo budzi się w nocy… wcześniej na cyca, później na butlę, teraz żeby zwyczajnie nie dać się rodzicom wyspać i wgramolić się do wyrka ograniczając znacznie przestrzeń i serwując prze sen niekontrolowane ciosy w różne części ciała starych.

Tak, czy inaczej dziecko większość dnia spało, a matka mogła robić na co miała ochotę… chciała coś ugotować – dało się… posprzątać-dało się… wykąpać się – dało się… uciąć komara- dało się… wypić ciepłą kawkę – dało się… 

z drugim synem to już inna bajka… 

gość ewidentnie pokazuje faka morfeuszowi, zmuszając przy tym matkę do kupowania w ilościach hurtowych zapałek w celu podtrzymania powiek… 

tak moi mili, trafił mi się egzemplarz nie marnujący czasu na sen, mega ruchliwy, ciekawy świata, pałający chęcią bezustannego kontaktu z matczynymi wymionami… zresztą przedsmak temperamentu dał już z brzucha… nie wiem jak mogłam się łudzić, że po drugiej stronie będzie inaczej… 

i tym sposobem matka zapomniała jak smakuje ciepła kawa… posprzątać się udaję lekceważąc parskanie i kwiczenie wymuszające uniesienie dziecka z pozycji poziomej albo ulec tym dźwiękom i ogarnąć bajzel mając do dyspozycji jedną rękę, podczas gdy druga wyrabia bicki dźwigając skrzata… ugotować się udaję trącając od czasu do czasu nogą nosidełko w celu ululania delikwenta… o drzemce mogę zapomnieć… cudem znajduję czas na opróżnienie pęcherza moczowego po wypiciu zimnej kawy… 

Do tego, żeby nie było zbyt kolorowo między próbą przywrócenia porządku w domu i ewentualnym zagotowaniem wody koniecznie trzeba znaleźć czas dla starszaka, który domaga się uwagi zdecydowanie częściej niż wcześniej… 

dzięki temu możecie spotkać półprzytomną matkę na dywanie w pokoju chłopaków do połowy roznegliżowaną z ssakiem przy cycu… układającą wolną ręką lego ninjago lub grającą w grę właśnie wymyśloną przez kreatywnego 4 latka… 

także tego… butów nie musicie ściągać bo nie wysprzątane… kawę możecie sobie zrobić sami i dla mnie przy okazji… a w ogóle to może chwilkę ponosicie młodziana i pykniecie w gierkę ze starszakiem… a ja się kimnę… mogę?

Dupa… nie mogę!… oni mnie potrzebują… muszę być do ich dyspozycji 24h i mimo, że czasami padam ze zmęczenia jestem szczęśliwa… jak może być inaczej widząc szczęśliwe paszcze moich dzieci… 

a ja w końcu się ogarnę i odnajdę w tej nowej sytuacji i znowu będzie high life… chyba, że ktoś ma receptę na możliwie szybkie doprowadzenie do porządku siebie, domu i dwójki wyjątkowych dzieciaków???

 

3580