Czary mary wstrzymaj smary…

Zaczynamy okres, gdzie na każdym kroku czyhają wirusy i bakterie.

Atakują znienacka… z reguły w najmniej odpowiednim momencie, naznaczając niektórych febrą na pół ryła… innych raczą gilem do pasa… większość „nabywców” powalają do wyrka na kilka dni… a facetów pozbywają jaj – o czym mogliście już przeczytać TUTAJ.

Mąż mój ma tendencję do przechwytywania przeziębienia od potencjalnego nosiciela nawet wirtualnie… dlatego póki jeszcze nie chrząka złowieszczo próbuję znaleźć sposób na wzmocnienie odporności u niego i przy okazji u starszaka.

W związku z powyższym machnęłam miksturę z produktów, które uchodzą za głównych zabójców wirusów i bakterii…

 

Do słoika wrzuciłam pokrojone w plasterki:

czosnek (dla fanów cała główka, dla mnie 3 ząbki), imbir (niewielki kawałek), cytryny (sztuk one)

do tego dorzuciłam kilka goździków

wszystko zalałam miodem i odrobiną ciepłej wody

(dla wzmocnienia smaku czosnek i imbir można zetrzeć na tarce, ale mi się zwyczajnie nie chciało)

Całość wstawiamy na noc do lodówki i łykamy 2 lub 3 łyżeczki dziennie.

 

beznazwy

 

Czy to wystarczy, aby poprawić odporność moich chłopaków?

Cholera wie… dam znać co będzie…

 

Jeśli znacie jakieś sprawdzone sposoby na wzmocnienie odporności tuż przed tym paskudnym okresem podzielcie się plisss…

Przepis… na życie

Podjarana faktem wprowadzenia w stan używalności ciuchów sprzed ciąży postanowiłam napisać o tym wydarzeniu…

Muszę się przyznać, że nie spodziewałam się szybkiego wbicia w spodnie sprzed ciąży… schowałam je wysoko w szafie z nadzieją powrotu do nich najwcześniej na wiosnę…

a tu proszę, taka niespodzianka… nie tylko się w nie wbiłam, ale do większości z nich potrzebuję paska bo lecą z tyłka…

Przeszło mi przez myśl, że mogły się rozciągnąć np. przez te upały…

hmm w końcu leżały kilka miechów, zbierały kurz i żyły swoim szafowym życiem… ale to chyba tak nie działa… po poprzedniej ciąży jakoś się nie rozciągnęły, a leżały 2 lata france jedne… i niestety poszły w wieczne zapomnienie…

No… także tego… zeszło z bioder i to chyba znacznie… a jak się to mogło stać?

Siedziałam i myślałam… i doszłam do wniosku, że nie jest to zasługa karmienia cycem… wiem, wiem na każdym kroku próbują nam wmówić, że przez karmienie się szybko zrzuca nadprogramowe kilogramy, szybciej dochodzi do siebie etc… BULLSHIT!

 

Pierworodnego też karmiłam i jakoś moja sylwetka nie uległa poprawie. Mam koleżanki, które karmiły ponad rok, a nadal walczą z wagą… także to na pewno nie fakt, że jesteśmy mleczarnią otwarta przez 24h…

 

Wg yummymummy przepis na powrót do sylwetki sprzed ciąży może być tylko taki:

     – jeden pełen energii lub ewentualnie posiadający owsiki 4 latek

     – ok. 5,5 kg niemowlak domagający się zmiany miejsca spoczynku średnio co 5 min.

     – jedno mieszkanie w bloku na min. 3 piętrze – bez windy!

 

I teraz tak:

min. 3 razy dziennie wnosimy (na to nieszczęsne 3 piętro) nosidełko z regularnie przybierającym na wadze niemowlakiem + torbę z zakupami, która sukcesywnie wydłuża rękę, fundując nam jednocześnie asymetrię ciała.

Dla wzmocnienia efektów zaleca się kilkanaście razy na dobę stosując przysiady zbierać walające się po całym domu rozczłonkowane ludziki LEGO.

Dodatkowo spadkowi wagi sprzyjają długie spacery w towarzystwie dwójki dzieci własnych. Teoretycznie spacery te powinny wyciszać matkę… w praktyce różnie to bywa, ale najważniejsze, że przyczyniają się do pożądanego efektu…

 

I włala…

Odkryłam też, że kluczowym składnikiem jest wspomniany 4 latek… nie wiedziałam o tym zmagając się z nadprogramowymi kilogramami po pierwszej ciąży, dlatego efekt był jaki był… a właściwie go nie było.

Teraz jestem mega szczęśliwa… nie tylko dlatego, że weszłam w te spodnie i mój budżet na jesień nie ucierpi, ale przede wszystkim dlatego, że posiadam dwa najważniejsze „składniki”, które sprawiają, że moje życie jest tak zajebiste!

 

moje2

O upalnych urodzinach Mistrza Spinjitzu…

Cóż obywatele i obywatelki… KONIEC WAKACJI… które dla nas i tak w tym roku wakacjami były tylko z nazwy…

Nigdzie w tym roku nas nie wywiało… niestety… także baterie nie naładowane, stres rozładowuje na kim popadnie etc…

ale to nic… francą jestem od zawsze… kwestia przyzwyczajenia…

dziecka szkoda… mimo starań, aby maksymalnie wypełnić mu w atrakcyjny sposób czas – nie do końca się udało… chociaż teoretycznie na załamanego nie wygląda… to pocieszające… obiecaliśmy sobie odbić to tak, że hoho…

Jedną z atrakcji tegorocznych wakacji było urządzenie w 40 stopniowym upale imprezki urodzinowej pierworodnego o tematyce ninjago…

w mieszkaniu! – konkretnie w pokoju ok.11m2!

na ostatnim piętrze! – jak w piekle!

bez klimy! – wiatraczek tylko ruszał balonami – nie powietrzem!

dla rodziny! – której tematyka imprezy była obca…

ale nie padłam, nawet się specjalnie nie odwodniłam, dałam radę…

dla synka mojego kochanego…

(wszelkie pochwały, brawa i gratulacje mile widziane!)

 

Dzięki Bogu nie było to przyjęcie dla dzieci, bo nie wyobrażam sobie bandy nadpobudliwych fanów ninjago popierdalających z mieczami, czy nunczako między moimi nogami w takim upale… to mogłoby się źle dla mnie skończyć… albo dla nich…

Imprezka dla kumpli przeniesiona na chłodniejsze dni w miejsce, gdzie będą mogli spożytkować nabyte (chyba z kosmosu) pokłady energii… także c.d.n.

Na zakończenie kilka fotek z tego wydarzenia… do miłego…

 

4

1balony

1piniata

3lizaki

1sciana

1soki

1stół

2kubeczki

1tort

1toast

3rubenos

2rubenos

1rubenos

11jay