W życiu prawie każdej matki przychodzi taki moment, że musi… albo chce wrócić do pracy.
I tak oto „przyszła kryska na Matyska”… i ja, matka dwójki również postanowiłam położyć kres nygusowaniu (wiecznemu leżeniu do góry brzuchem – jak to na macierzyńskim/wychowawczym bywa z punktu widzenia… głównie facetów) i dorzucić się do budżetu rodzinnego… żeby mieć na te przysłowiowe waciki.
I chociaż trudno w to uwierzyć w całym tym zamieszaniu (wczesne… a wręcz bardzo wczesne wstawanie, ogarnięcie siebie, dzieci, starego, dojazd autobusem! mróz, wiatr, nożownicy) doszukałam się pewnych plusów. Wiecie, takich pozytywnych aspektów wybycia z domu na dłużej, niż zakupy w przydomowej Biedrze.
Po pierwsze: Mogę się napić ciepłej kawy!
tak, wiem… niektóre matki mają taki przywilej codziennie, ale przy moich gnomach nie było takiej możliwości… no uwierzcie mi… mimo tego, że jestem (no dobra staram się być) zorganizowaną jednostką nie udawało mi się wypić ciepłej kawy!…
a teraz… ciepła kawka… herbatka… kiedy chce i ile chce… i mogę okrasić to czymś słodkim bez obawy, że ktoś mi to pożre i obejdę się smakiem…
Po drugie: Mogę skorzystać z toalety bez asysty…
o ile przy pierwszym dziecku miałam tą sztukę opanowaną, przy drugim już tak lekko nie jest.
Przy Frycku nie ma opcji na chwilę zadumy… mam wrażenie, że on czuje się zobowiązany chodzić za mną krok w krok, taki asystent wolontariusz… opcja zamknięcia drzwi przed nosem smarka wiąże się z zaburzeniem spokoju sąsiadów, gdyż drzeć się gadzina potrafi oskarowo…
a teraz… teraz po pierwsze nie muszę nikomu tłumaczyć, że znikam na chwil pare… absolutnie nikomu nie przeszkadza, że zamykam mu drzwi przed nosem i opróżniam pęcherz do ostatniej kropli (do ostatniej!) zupełnie bezstresowo!
Po trzecie: Przebywam wśród dorosłych…
plecy mnie boją od chodzenia na poziomie dziecka (na czworaka)… język dziecięcy już nie jest mi obcy… zapragnęłam rozmów w języku dorosłych…
fakt, czasami rozmówcy intelektualnie nie odbiegają od takiego 5 latka, ale przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia wstawiając zamiast przecinka siarczystą bluzgę
Po czwarte: Ploteczki
będąc w domu z dziećmi z ploteczkami byłam daleko w tyle.. od czasu do czasu udało mi się coś przeczytać na pewnym skundlonym portalu podczas drzemki młodszego…
a w pracy… w pracy nie tylko (dzięki dobrej organizacji) mam czas na czytanie ploteczek, ale i słyszę jak sieją je inni, mam z kim o nich podyskutować, a nawet staję się tematem do ploteczek… high life..
Po piąte: Zabawki
jako kura domowa sprzątałam zabawki z tysiąc razy dziennie i to tylko po, żeby za parę minut ponownie się oddać tej wątpliwej przyjemności, bo w domu z dziećmi nie ma nudy…
w pracy bałagan robię sama sobie i to z udziałem swoich, dorosłych zabawek… nie, zboczuchu! nie takich, o jakich własnie pomyślałeś…
to spinacze, zszywki, nożyczki, dziurkacze… to właściwie nie bałagan, tylko takie moje feng shui
No… to wychodzi na to, że chodzę do pracy z czystą przyjemnością, robię to co lubię i jeszcze mi za to płacą… otóż moi mili, jeszcze takiego stanu nie osiągnęłam.
Mimo tych wszystkich plusów powrotu do pracy potwornie tęsknie za zimną kawą, za towarzystwem mikrusa w kibelku, za każdym piciu, siusiu, hopsasa, za tą chwilą dla pudelka, za rozrzuconymi klockami i minifigurkami…
za moimi dziećmi tęsknie… bardzo!!!

Ryczę…. THE END