Wakacje dobiegają końca… Tradycyjnie fajnie było, ale się skończyło – chociaż dobrze, że w ogóle się odbyło…
Zbliża się nie tylko rok szkolny i przedszkolny (ponoć na pewno) ale i najbardziej depresyjna pora roku, która przez swoja aurę zapewne zaowocuje jakąś niemocą i gilami po pas… i oby tylko…
Przyszło nam żyć w czasach pandemii, epidemii – jeden uj…
Dla dzieci to był wręcz magiczny czas… wakacje trwały tak długo, że – jak podejrzewam nastąpi problem z utrzymaniem długopisu w ręce, a o wytrzymaniu 45min w bezruchu, na krześle to mowy nie ma…
Dla starych natomiast to pamiętny czas objęcia kolejnego, oczywiście bezpłatnego etatu na stanowisku alfy i omegi, a także okres spożywania napoi wysokoprocentowych nawet w każdy dzień powszedni… tak dla zdrowotności oczywiście.

Zajebiście słodko – gorzki czas…
O ile w okresie wiosennym i letnim udało nam się uniknąć wirusa niosącego spustoszenie… bo wiadomo dni długie i wyjątkowo ciepłe, więc wit.D przysposobiona, niektórzy „najodowani”… o tyle w okresie jesiennym już tak kolorowo może nie być…
Jak zatem żyć? Co poczynić, żeby zostało jak jest? Żeby nas w pizdu nie pozamykali na kwarantanny… bo katar mamy, albo „kłaczek” smyra po gardle???
Do tej pory moja i młodzieży odporność była na dobrym poziomie, ale czort wie co się przyplątać może…. lękam się…
Bardzo nie lubimy faszerować się tabsami i szukamy naturalnych metod na wzmocnienie odporności i ewentualne walkę z czymś już nabytym.
Znamy sok z cebuli, eliksir z czosnku i cytryny… ale tylko pierworodny raczy się tym niczym szampanem piccolo (ma to po starym – zje i wypije wszystko jak dobrze zagadasz)… ja i młodzian już niekoniecznie.
Co jeszcze może nas uchronić przed tym dziadostwem???
Dajcie proszę znać mordeczki co tam trzeba poczynić, co wyhodować, zmieszać, naparzyć, żeby przetrwać i oszczędzić sobie wkurwienia podczas czatów z lekarzami.
Chętnie przygotuje jakąś nową miksturkę mając nadzieję, że się sprawdzi… a potem znowu będzie wiosna, co nie???
Trzymajcie się w cieple i zdrowiu