Once upon a time…

once

Matka… lat trzydzieści parę
Do świąt nie przygotowała się wcale

Nie jest to tradycją u niej na pewno
Lubi przygotować się do świąt pełną gębą

Lubi gdy w domu lśni i pachnie piernikami
Gdy dekoracje świąteczne zrobione ma własnymi „ręcami”

Prezenty zrobione są z wyprzedzeniem
A myśli już tylko nad nieprzejedzeniem

W tym roku wkurw towarzyszył matce nieustannie
Nie pomagała nawet relaksacyjna kąpiel w wannie

W tyle była ze wszystkim do ostatniej minuty
A wszystko za sprawą małego marudy

Ogarnąć dwóch ancymonów jej trudno było
Bez inwektyw w myślach się nie obyło

Mimo narzekań i jęków tak licznych
Matka do wniosków doszła faktycznych

Że choćby przy dzieciach zarobić na amen się miała
To ma więcej, niż by w totka wygrała

Rodzina bogactwem jest jej największym
A wspólne chwile są tym najpiękniejszym

O niczym innym nie marzy już wcale
Wszystko co ma jest doskonale

Tak więc kochani, choć święta znów okazały się za krótkimi
Cieszmy się każdą chwilą z bliskimi

Bo to dar największy i wcale się tym nie wygłupię
Skarcę każdego kto powie, że Mikołaj ma go w dupie

 

pypcie

hohoho

tree

 

Poczuj magię tych Świąt…

Idą święta, idą święta… doczekać się nie możemy…

Żeby umilić sobie ten czas zmajstrowałam kalendarz adwentowy…

 

kal1

 

Do tej pory taki kalendarz kojarzył mi się głównie z kolorowym kartonikiem z okienkami, w których mieściły się mini czekoladki.

Mimo, że naszym zadaniem było otwieranie codziennie jednego okienka, aż do dnia Wigilii, wszystkie 24 czekoladki w nim skitrane znikały już pierwszego dnia. U was też tak bywa, czy tylko ja taka zachłanna jestem?

Taki kalendarz miałam rok rocznie jako dziecko i taki miewał do tej pory mój pierworodny. W tym roku powiedziałam sobie, że po mało owocnym we własne twory okresie nastał czas, żeby coś wykombinować własnoręcznie.

 

kal3

 

Miało być bardziej i lepiej, ale szkodnik nr dwa skutecznie zabiera mi każdą wolną chwilę, dlatego gdy tylko udało mi się go ujarzmić, a ja resztami sił oparłam się Morfeuszowi, oddałam się tworzeniu… tzn. spakowałam i przywiązałam…

 

kal2

 

Jak już się za coś biorę, to założenie mam zawsze jedno… coś fajnego, za niewielką kasę…

No i stworzyłam kalendarz adwentowy… 24 małe paczuszki, które kryją w sobie słodkości (nie na każdy dzień!) – małe czekoladki, żelki, lizaki, ciasteczka i drobne prezenciki np. mini kula śnieżna, pisaki, posypki do pierników, ozdoby choinkowe, brokatowy klej, naklejki, kolorowanki itp.

 

kal4

 

Te mini prezenciki związane są z zadaniami, jakie zostały wyznaczone na niektóre dni. Na pozostałe, zamiast zadań przygotowałam kilka informacji na temat tradycji bożonarodzeniowych…

 

zadania1

zadania2

 

Najwyższy czas, żeby młodzian zrozumiał, że święta to nie tylko prezenty… czas, aby poznał świąteczne tradycje i zrozumiał, jak ważne są chwile spędzone w tym dniu z najbliższymi… a prezenty są kulminacją tego wszystkiego…

Inspiracji w necie jest mnóstwoooo… jeszcze zdążycie machnąć swój kalendarz… dzieciaki na pewno będą zadowolone, a wy będziecie mieli nie lada zabawę…

A moje dzieło? moje dzieło nie jest skomplikowane i urokliwe… można rzec nieład artystyczny, ale mój! Cieszę się, że nie poszłam ponownie na łatwiznę i nie wciągniemy od razu wszystkich czekoladek z 24 okienek… a najważniejsze, że dziecko zadowolone i tylko czyha, żeby rozpocząć rozpakowywanie…

przy okazji wystawiam jego cierpliwość na próbę… takie to wychowawcze…

 

rubenelf

 

Straszny wpis…

Halloween… amerykańskie, pogańskie święto, które mam czelność celebrować dobiegło końca… resztki pajęczyn zwisają jeszcze nad głową, strasząc sztucznym pająkiem… lustro wypaćkane sztuczną krwią, częściowo zlizaną przez Rubena prosi się o umycie… fajnie było! 

Przecież wiecie, że nie popuszczę żadnej okazji przy której mogę się wyżyć na wszystkie kreatywne sposoby… a skoro Halloween przypada w przeddzień moich urodzin to aż się prosi, żeby to połączyć…

Ostatnio dodatkową motywacją na Halloweenowe szaleństwo jest radość mojego dziecka… niestraszne mu wszelkie atrakcje związane z tym świętem… poziom jego ekscytacji w tym dniu jest tak ogromny, jak moja kreatywność kiedy robię coś dla niego…

Świetnie się razem bawimy… LUBIĘ TO!

Wrzucam kilka zdjęć tego, co udało mi się wyczarować w tym roku. 

Może ktoś będzie organizował jakąś imprezę andrzejkową, czy karnawałową o zbliżonej tematyce i przyda się odrobina inspiracji…

Zapraszam…

 

wrzos

niet

dynia

bar

bat

wiaderko

chia

gel

pianki

cake

drin

oko

kostki

franki

Naga prawda…

Jestem zboczona…

nie zawsze za taką uchodziłam, wręcz przeciwnie cicha, skromna…

wstydliwa, żeby nie rzec zakompleksiona… ale od pewnego czasu 

w oczach niektórych uchodzę za zboczoną…

A wszystko dlatego że wzięłam udział w projekcie fotograficznym The Milky Way i pokazałam kawałek ciała i przyssanego do niego osobistego syna…

The Milky Way to projekt promujący karmienie piersią i poruszający kontrowersyjny temat robienia tego w miejscach publicznych.

Więcej na ten temat możecie poczytać tu!

 

mama1

 

Moja przygoda z karmieniem piersią już dobiegła końca… dlatego cieszę się, że zdążyłam stanąć przed obiektywem Justyny Kuświk i uwiecznić ten moment.

 

mama

 

Sam proces karmienia nie był dla mnie najcudowniejszą chwilą macierzyństwa…  ale naturalną.

Nie czerpałam z tego żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie czułam ból i ogólny dyskomfort… ale w tym całym procesie nie chodziło o mnie, tylko o dobro moich dzieci.

Ja zostałam wyposażona w piersi (że mikroskopijne to już inna kwestia) wypełnione mlekiem czyt. przezajebiszczo bogatym w witaminy i inne cuda pokarmem i nie wahałam się ich użyć, zawsze wtedy, kiedy moje dziecko tego potrzebowało.

W obu przypadkach karmienie piersią nie trwało długo, ale dawałam z siebie wszystko, żeby zaspokoić potrzeby żywieniowe moich dzieci nawet jeśli musiało to być miejsce publiczne.

Nie oznacza to, że paradowałam do połowy roznegliżowana z ssakiem przy cycu, można to zrobić tak, że siedzący koło ciebie potencjalny hejter nie zauważy i tym samym oszczędzisz mu odruchów wymiotnych, a i obędzie się bez soczystej litanii skierowanej w twoją stronę, dotyczącej twojego „zboczenia”…

 

mama4

 

Może i jestem zboczona… ale wolę nakarmić dziecko w miejscu publicznym i narazić się na ewentualne zniesmaczenie, niż podawać jedzenie czyt. cyca dziecku w miejscu teoretycznie do tego przeznaczonym tzw. „pokoju matki z dzieckiem”…

Sorry, ale „kibla” u siebie w domu „pokojem” nie nazywam inaczej miałabym M5, a nie M4.

Jeszcze nie spotkałam takiego miejsca, w którym na osobności mogłabym nakarmić dziecko w warunkach przynajmniej minimalnie zbliżonych do domowych.

W każdym takim miejscu mieści się krzesło tudzież taboret, składany – wątpliwej jakości przewijak, umywalka i kibelek, a w powietrzu unosi się srylion bakterii i klasyczny „zapach” domestosa, czy innego kreta, który teoretycznie miał te bakterie wytępić…  ja za takie warunki na spożycie jakiegokolwiek pokarmu dziękuję…

Mogę uchodzić za zboczoną… bo śmiałam pokazać kawałek ciała przed aparatem dla fajnego projektu… bo śmiałam karmić moje dziecko w miejscu publicznym… bo kocham swoje dzieci najbardziej na świecie…

i mam w głębokim poważaniu fakt, że TY byś tego nie zrobiła!

Ja zrobiłam… dorzucając oliwy do ognia oświadczam, że przebierałam też dziecko w miejscu publicznym, a dokładnie w restauracji, która nie była wyposażona w jakiekolwiek pomieszczenie, które ułatwiłoby mi to zadanie ha! I co mi zrobisz? Nic mi nie zrobisz… jestem matką i zrobię dla swoich dzieci wszystko!!!!

 

mama3

 

Dodatkowo z całej tej akcji będę miała super pamiątkę… nie spodziewam się już powiększenia rodziny…  to były moje ostatnie chwilę z ssakiem przy cycu dlatego odważyłam się zrzucić łachy…

A, że modelka ze mnie jak z koziej dupy trąbką to już inna sprawa…

Ważne, że idea fajna, a i pamiątka na całe życie…

Dzięki Justyna

 

Chcesz szaraka… szukasz nie w tych ssakach…

Dziecko dla każdej matki jest wyjątkowe… najpiękniejsze, najmądrzejsze, najzdolniejsze… i nikt nie ma prawa temu zaprzeczyć…

Ja też tak mam… tylko, że moje dzieci są naprawdę piękne…  i mądre… i jakby było inaczej nie bałabym się do tego przyznać…

Młodszy Fryderyk…

za krótko jest na tym świecie, żeby się wykazać, ale wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli wesoło… szykuje się wyjątkowo temperamentna bestia…

 

F

 

Starszy Ruben…

ooooj… o tym raptem 4 letnim gościu można by było pisać elaboraty…

To ancymon z niewyobrażalnymi pokładami energii, olbrzymią wyobraźnią, specyficznym poczuciem humoru, wielkim wdziękiem, ogromnym sercem i dużą wrażliwością… jest bardzo błyskotliwy i wygadany… mimo, że czasami ponarzekam to naprawdę kochany chłopczyk…

 

Rw

 

Potrafi przegrywać, potrafi się dzielić, potrafi przyznać się do błędu, potrafi przeprosić.

Jest lubiany przez wszystkich… spełnienie marzeń każdego rodzica…

Ma rogi, a i owszem… ale spod tych gęstych włosów niespecjalnie je widać… a tak naprawdę, przy tym jak dobre ma serducho ta mała gadzina, te rogi tylko dodają mu uroku… jednym słowem… wypisz, wymaluj MAMUSIA

Muszę pogodzić się z tym, że mój piękny i mądry Ruben jest też coraz bardziej samodzielny… że coraz mniej mnie potrzebuje… 

ale to tak nie działa, ja zawsze będę… będę kilka kroków za nim, żeby go chwycić za rękę, gdy będzie tego potrzebował…

 

zatoba

 

Moi synowie niezaprzeczalnie są dla mnie najważniejsi na świecie…

Według mnie ich osobowość jest ich atutem… są jedyni w swoim rodzaju… i jestem pewna, że wniosą mnóstwo radości w życie tych, którzy będą mieli przyjemność ich poznać.

Takie są te moje Wrzoski…

 

* tytuł –  fragment tekstu Abradab „Miasto jest nasze”

Czary mary wstrzymaj smary…

Zaczynamy okres, gdzie na każdym kroku czyhają wirusy i bakterie.

Atakują znienacka… z reguły w najmniej odpowiednim momencie, naznaczając niektórych febrą na pół ryła… innych raczą gilem do pasa… większość „nabywców” powalają do wyrka na kilka dni… a facetów pozbywają jaj – o czym mogliście już przeczytać TUTAJ.

Mąż mój ma tendencję do przechwytywania przeziębienia od potencjalnego nosiciela nawet wirtualnie… dlatego póki jeszcze nie chrząka złowieszczo próbuję znaleźć sposób na wzmocnienie odporności u niego i przy okazji u starszaka.

W związku z powyższym machnęłam miksturę z produktów, które uchodzą za głównych zabójców wirusów i bakterii…

 

Do słoika wrzuciłam pokrojone w plasterki:

czosnek (dla fanów cała główka, dla mnie 3 ząbki), imbir (niewielki kawałek), cytryny (sztuk one)

do tego dorzuciłam kilka goździków

wszystko zalałam miodem i odrobiną ciepłej wody

(dla wzmocnienia smaku czosnek i imbir można zetrzeć na tarce, ale mi się zwyczajnie nie chciało)

Całość wstawiamy na noc do lodówki i łykamy 2 lub 3 łyżeczki dziennie.

 

beznazwy

 

Czy to wystarczy, aby poprawić odporność moich chłopaków?

Cholera wie… dam znać co będzie…

 

Jeśli znacie jakieś sprawdzone sposoby na wzmocnienie odporności tuż przed tym paskudnym okresem podzielcie się plisss…

Przepis… na życie

Podjarana faktem wprowadzenia w stan używalności ciuchów sprzed ciąży postanowiłam napisać o tym wydarzeniu…

Muszę się przyznać, że nie spodziewałam się szybkiego wbicia w spodnie sprzed ciąży… schowałam je wysoko w szafie z nadzieją powrotu do nich najwcześniej na wiosnę…

a tu proszę, taka niespodzianka… nie tylko się w nie wbiłam, ale do większości z nich potrzebuję paska bo lecą z tyłka…

Przeszło mi przez myśl, że mogły się rozciągnąć np. przez te upały…

hmm w końcu leżały kilka miechów, zbierały kurz i żyły swoim szafowym życiem… ale to chyba tak nie działa… po poprzedniej ciąży jakoś się nie rozciągnęły, a leżały 2 lata france jedne… i niestety poszły w wieczne zapomnienie…

No… także tego… zeszło z bioder i to chyba znacznie… a jak się to mogło stać?

Siedziałam i myślałam… i doszłam do wniosku, że nie jest to zasługa karmienia cycem… wiem, wiem na każdym kroku próbują nam wmówić, że przez karmienie się szybko zrzuca nadprogramowe kilogramy, szybciej dochodzi do siebie etc… BULLSHIT!

 

Pierworodnego też karmiłam i jakoś moja sylwetka nie uległa poprawie. Mam koleżanki, które karmiły ponad rok, a nadal walczą z wagą… także to na pewno nie fakt, że jesteśmy mleczarnią otwarta przez 24h…

 

Wg yummymummy przepis na powrót do sylwetki sprzed ciąży może być tylko taki:

     – jeden pełen energii lub ewentualnie posiadający owsiki 4 latek

     – ok. 5,5 kg niemowlak domagający się zmiany miejsca spoczynku średnio co 5 min.

     – jedno mieszkanie w bloku na min. 3 piętrze – bez windy!

 

I teraz tak:

min. 3 razy dziennie wnosimy (na to nieszczęsne 3 piętro) nosidełko z regularnie przybierającym na wadze niemowlakiem + torbę z zakupami, która sukcesywnie wydłuża rękę, fundując nam jednocześnie asymetrię ciała.

Dla wzmocnienia efektów zaleca się kilkanaście razy na dobę stosując przysiady zbierać walające się po całym domu rozczłonkowane ludziki LEGO.

Dodatkowo spadkowi wagi sprzyjają długie spacery w towarzystwie dwójki dzieci własnych. Teoretycznie spacery te powinny wyciszać matkę… w praktyce różnie to bywa, ale najważniejsze, że przyczyniają się do pożądanego efektu…

 

I włala…

Odkryłam też, że kluczowym składnikiem jest wspomniany 4 latek… nie wiedziałam o tym zmagając się z nadprogramowymi kilogramami po pierwszej ciąży, dlatego efekt był jaki był… a właściwie go nie było.

Teraz jestem mega szczęśliwa… nie tylko dlatego, że weszłam w te spodnie i mój budżet na jesień nie ucierpi, ale przede wszystkim dlatego, że posiadam dwa najważniejsze „składniki”, które sprawiają, że moje życie jest tak zajebiste!

 

moje2

O upalnych urodzinach Mistrza Spinjitzu…

Cóż obywatele i obywatelki… KONIEC WAKACJI… które dla nas i tak w tym roku wakacjami były tylko z nazwy…

Nigdzie w tym roku nas nie wywiało… niestety… także baterie nie naładowane, stres rozładowuje na kim popadnie etc…

ale to nic… francą jestem od zawsze… kwestia przyzwyczajenia…

dziecka szkoda… mimo starań, aby maksymalnie wypełnić mu w atrakcyjny sposób czas – nie do końca się udało… chociaż teoretycznie na załamanego nie wygląda… to pocieszające… obiecaliśmy sobie odbić to tak, że hoho…

Jedną z atrakcji tegorocznych wakacji było urządzenie w 40 stopniowym upale imprezki urodzinowej pierworodnego o tematyce ninjago…

w mieszkaniu! – konkretnie w pokoju ok.11m2!

na ostatnim piętrze! – jak w piekle!

bez klimy! – wiatraczek tylko ruszał balonami – nie powietrzem!

dla rodziny! – której tematyka imprezy była obca…

ale nie padłam, nawet się specjalnie nie odwodniłam, dałam radę…

dla synka mojego kochanego…

(wszelkie pochwały, brawa i gratulacje mile widziane!)

 

Dzięki Bogu nie było to przyjęcie dla dzieci, bo nie wyobrażam sobie bandy nadpobudliwych fanów ninjago popierdalających z mieczami, czy nunczako między moimi nogami w takim upale… to mogłoby się źle dla mnie skończyć… albo dla nich…

Imprezka dla kumpli przeniesiona na chłodniejsze dni w miejsce, gdzie będą mogli spożytkować nabyte (chyba z kosmosu) pokłady energii… także c.d.n.

Na zakończenie kilka fotek z tego wydarzenia… do miłego…

 

4

1balony

1piniata

3lizaki

1sciana

1soki

1stół

2kubeczki

1tort

1toast

3rubenos

2rubenos

1rubenos

11jay

Zmiany u podwójnej mamy…

Kiedy urodził się Ruben nasze życie wywróciło się do góry nogami…

doświadczyłam zupełnie nowego uczucia… takiego, którego nie da się opisać… stał się dla mnie całym światem…

Miłość do tego małego człowieka wypełniała całe moje serce. 

Tymczasem pewnego dnia okazało się, że już wkrótce w sercu trzeba będzie zrobić miejsce dla nowego członka rodziny. 

Przez 9 miesięcy myślałam jak to będzie, czy się w ogóle da… przecież kocham tego mojego czorta ponad wszystko… jak to zrobić, żeby tą miłość podzielić… 

i nadeszła chwila, kiedy pokazano mi zawiniątko z wielkimi oczyskami… spojrzały na mnie, jakby chciały powiedzieć „w końcu Cię widzę mamusiu”… i stało się… zakochałam się tak jak 4 lata temu… i wtedy wszystko było jasne… wcale nie muszę szukać miejsca w sercu dla tego drobiażdżka, nie muszę dzielić mojej miłości… moja miłość się pomnożyła… 

kocham moich chłopaków szalenie… jestem wdzięczna za każdą chwilę z nimi spędzoną… mimo, że nie jest łatwo z dwójką temperamentnych osobników…

 

oni

 

Muszę przyznać, że jest kolosalna różnica między ogarnięciem jednego dziecka, a ogarnięciem dwójki – umówmy się małych dzieci… 

Z pierworodnym to był high life… 

młodzian po opróżnieniu cyca z nabiału zasypiał na dobre 3-4 godzinki… nie wiedziałam co to kolki, ulewanie… szczerze to nawet nie pamiętam, czy on w ogóle płakał… dzielny był jak franca, nawet na szczepieniach…

jedyne czego mogłabym się doczepić przez 4 lata jego istnienia to fakt, że od urodzenia jednorazowo budzi się w nocy… wcześniej na cyca, później na butlę, teraz żeby zwyczajnie nie dać się rodzicom wyspać i wgramolić się do wyrka ograniczając znacznie przestrzeń i serwując prze sen niekontrolowane ciosy w różne części ciała starych.

Tak, czy inaczej dziecko większość dnia spało, a matka mogła robić na co miała ochotę… chciała coś ugotować – dało się… posprzątać-dało się… wykąpać się – dało się… uciąć komara- dało się… wypić ciepłą kawkę – dało się… 

z drugim synem to już inna bajka… 

gość ewidentnie pokazuje faka morfeuszowi, zmuszając przy tym matkę do kupowania w ilościach hurtowych zapałek w celu podtrzymania powiek… 

tak moi mili, trafił mi się egzemplarz nie marnujący czasu na sen, mega ruchliwy, ciekawy świata, pałający chęcią bezustannego kontaktu z matczynymi wymionami… zresztą przedsmak temperamentu dał już z brzucha… nie wiem jak mogłam się łudzić, że po drugiej stronie będzie inaczej… 

i tym sposobem matka zapomniała jak smakuje ciepła kawa… posprzątać się udaję lekceważąc parskanie i kwiczenie wymuszające uniesienie dziecka z pozycji poziomej albo ulec tym dźwiękom i ogarnąć bajzel mając do dyspozycji jedną rękę, podczas gdy druga wyrabia bicki dźwigając skrzata… ugotować się udaję trącając od czasu do czasu nogą nosidełko w celu ululania delikwenta… o drzemce mogę zapomnieć… cudem znajduję czas na opróżnienie pęcherza moczowego po wypiciu zimnej kawy… 

Do tego, żeby nie było zbyt kolorowo między próbą przywrócenia porządku w domu i ewentualnym zagotowaniem wody koniecznie trzeba znaleźć czas dla starszaka, który domaga się uwagi zdecydowanie częściej niż wcześniej… 

dzięki temu możecie spotkać półprzytomną matkę na dywanie w pokoju chłopaków do połowy roznegliżowaną z ssakiem przy cycu… układającą wolną ręką lego ninjago lub grającą w grę właśnie wymyśloną przez kreatywnego 4 latka… 

także tego… butów nie musicie ściągać bo nie wysprzątane… kawę możecie sobie zrobić sami i dla mnie przy okazji… a w ogóle to może chwilkę ponosicie młodziana i pykniecie w gierkę ze starszakiem… a ja się kimnę… mogę?

Dupa… nie mogę!… oni mnie potrzebują… muszę być do ich dyspozycji 24h i mimo, że czasami padam ze zmęczenia jestem szczęśliwa… jak może być inaczej widząc szczęśliwe paszcze moich dzieci… 

a ja w końcu się ogarnę i odnajdę w tej nowej sytuacji i znowu będzie high life… chyba, że ktoś ma receptę na możliwie szybkie doprowadzenie do porządku siebie, domu i dwójki wyjątkowych dzieciaków???

 

3580

Rozpakowani…

Minęły 2 tygodnie od kiedy zostaliśmy rozpakowani z dwupaku…

brzuszek ciążowy poszedł w zapomnienie… pociążowy hmm to inna sprawa, pewnie zostanie ze mną jeszcze chwilę… mam nadzieję, że niewielką…

 

love

 

Nie będę tęsknić…  nie był to najcudowniejszy okres mojego życia, ani magiczny, ani wspaniały czas jak dla innych mam…

Ta ciąża kosztowała mnie wiele nerwów, bólu i łez…

Ale nie zamierzam się już nad tym rozczulać… dałam radę, już prawie zapomniałam…  a nagrodę mam najlepszą na świecie…

 

brzuchboy

 

Zostałam po raz drugi mamą… mam drugiego równie cudownego syna… nie mogło mnie spotkać nic lepszego…

 

misiupysiu

 

Także bez zbędnych ceregieli… ladies and gentleman przedstawiam Wam kolejnego przystojniaka w naszej rodzinie… FRYDERYKA…

 

Fryderyk

 

Brata Rubena… syna Pauliny i Mariusza…

Zdrowy, ważący 3400 chłopczyk…

29.06.2015 przyszedł na świat przez powłoki brzuszne, czyt. cesarkę

 

f

 

Mama i dzidziuś czują się dobrze…

Tata i brat cieszą się z nowego członka męskiej watahy…

 

oni1

 

Jesteśmy w komplecie…  Ja i oni…  Moje chłopaki…

Szczęściara ze mnie… KOCHAM!