Dokładnie od 5 lat jesteśmy w posiadaniu idealnie dobranych obrączek, przy świadkach wsuniętych na palec serdeczny prawej ręki… no ok, chwilowo mąż jest, gdyż moje popuchnięte paluchy nie przyjmują tego szlachetnego metalu…
Dokładnie dzisiaj mija 5 lat od kiedy w piękny słoneczny dzień, odpicowani jak nigdy, w genialnych nastrojach, z motylami w brzuchu… udowodniliśmy wszystkim jak bardzo się kochamy i jak bardzo jesteśmy gotowi założyć własną rodzinę…
Składając przysięgę nie miałam najmniejszej wątpliwości, że dokonałam odpowiedniego wyboru… że to ten właściwy, ten jedyny…
ten, który poradzi sobie ze mną w każdej sytuacji, który utemperuję, który sprowadzi na ziemię, gdy będę fruwać w obłokach, który podbuduje, który przytuli, który uszanuje moje wybory i zawsze będzie we mnie wierzył, który będzie najlepszym ojcem na świecie, który będzie najwierniejszym przyjacielem, który odda ostatnią kostkę czekolady, mimo, że jęzor mu ucieka do d…, który mimo braku chęci ruszy by zrobić mi herbatę, ten przy którym mogę czuć się bezpieczna zawsze i wszędzie, przy którym starość będzie drugą młodością… nie mogłam trafić lepiej… dzięki ci za to…
5 lat… to dużo, ale nadal za mało…
a jaki bilans?… bilans zysków i strat…
Nie wiem, czy jest sens podsumowywać nasze małżeństwo w ten sposób…
Bo zwyczajnie nie odnotowałam żadnych strat.. za to zyskałam tak wiele, że zastanawiam się, czym sobie na to zasłużyłam… mam męża, który nie jest idealny, ale jest moim ideałem… mam syna, który jest moją dumą, moją siłą, moim największym szczęściem… wkrótce zyskam kolejnego faceta do kochania… czego mogę chcieć więcej… mam ich, mam wszystko…
Bilans dodatni!
Kocham ślubnego chyba jeszcze bardziej, niż w dniu składania przysięgi… mimo, że gość potrafi niejednokrotnie wyprowadzić mnie porządnie z równowagi…
Ale takie są uroki bycia w związku… nie zawsze trzeba spijać sobie z dzióbków…. byłoby za słodko, za nudno… bywają gorsze dni… może nie, że kryzysy, ale takie zwyczajne ciche dni, czy godziny raczej… kiedy to odnosimy się do siebie bardziej oficjalnie, jesteśmy wobec siebie bardziej ironiczni niż zwykle, ale z reguły tak jak spontanicznie się to zaczęło, tak spontanicznie, aczkolwiek w przyjemniejszych okolicznościach się kończy…
Mimo wszystko te wspólnie spędzone lata dowodzą tego, że potrafimy stworzyć jedną całość… że idealnie się uzupełniamy, że tworzymy zgrany team, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji…
Mimo szczerych chęci nie będzie hucznego świętowania tego dnia…
tą naszą 5 – „drewnianą” rocznicę z powodów od nas niezależnych spędzimy zgodnie z jej nazwą… padając na twarz, żeby nie powiedzieć na ryj ze zmęczenia jak kłody drewna, ale spokojnie kochanie… odbijemy sobie!!!
Tymczasem życzę sobie i Tobie bejbe, kolejnych lat w miłości i szczęśliwości… a reszta przyjdzie sama!
Dziś podobnie jak inne super matki obchodzę swoje święto…
i podobnie jak większość matek publicznie podzielę się tym, jak to u mnie wyglądało…
Siedzę sobie i tak myślę (tak! czasami mi się zdarza!), że jest okazja… jest temat… jest chwila… jest chęć… to skrobnę coś, przy okazji rozruszam swoje rozleniwione palce…
Ostatnio w mojej głowie do ogarnięcia jest tyle tematów, że nie potrafię zebrać myśli na tyle, żeby napisać coś sensownego… a wręcz, żeby napisać cokolwiek… więc jak jest okazja nie mogę jej zmarnować…
Świętowanie rozpoczęliśmy już wczoraj, kiedy to na przedszkolnym pikniku tuż przed pożarciem kiełby z ogniska niesforna grupa 3-4 latków zwanych biedronkami odśpiewała pieśń pochwalno-dziękczynną na cześć rodzicielek… i przy okazji ojców.
Na tym samym, pełnym atrakcji pikniku, wśród pięknych okoliczności przyrody weszłam w posiadanie nowej biżuterii z serii little hand made… biżuterii wyjątkowej, wykonanej z jubilerską precyzją, kolorystycznie pasującej do aktualnie panujących trendów… moje marzenie – makaronowe, czerwone korale – efektywniejsze, niż opływające karatami błyskotki – duma mnie rozpierała, łza orzeźwiła moje lico… moje dziecko ma zdolności manualne!… moje dziecko coś zaczęło i prawdopodobnie skończyło! samo!… brawo synku!
Dziś świętowania ciąg dalszy… od rana seria czułości przeplatana złośliwościami ze strony pierworodnego i nieustanna dawka bolesnych kopniaków od członka rodziny, którego osobiście poznam już niebawem.
I uwierzcie mi jak piszę, że bolesne, to takie właśnie są!. W niczym nie przypominają przyjemności o których wiele matek z czułością wspomina. Dziwnie młodzian okazuje uczucia, ale najwyraźniej na tą chwilę inaczej nie potrafi. Wybaczam… nauczę Cię kochany okazywania uczuć po rozpakowaniu.
Jeszcze przyjdzie taki czas, że moi synowie zaczną nosić mnie na rękach… będę dostawała naręcza kwiatów… piękną biżuterię… vouchery na zabiegi Spa… kilogramy ulubionych słodyczy… w końcu będąc w posiadaniu 3 osobników męskich pod dachem powinnam się czuć wyjątkowa…
Prawda jest taka, że czuję się wyjątkowa i bez tych wszystkich materialnych przyjemności. Najwięcej szczęścia daje mi sam fakt posiadania jeszcze dwóch, wkrótce trzech najwspanialszych facetów. Niczego mi więcej nie potrzeba. Każdą chwilę z nimi staram się celebrować najlepiej jak potrafię.
Miałam sporo do nadrobienia, dlatego zaniedbałam bloga do granic możliwości.
Zdążyliśmy przywitać wiosnę i kolejne święta już za moment.
Właśnie rozpoczął się Wielki Tydzień, a ja w proszku z przygotowaniami.
Nie lubię działań na ostatnią chwilę, ale niestety ostatnio wszystko u mnie tak wygląda.
Ale mam plan… od dzisiaj biorę się za porządki, a od piątku wkraczam do mam nadzieję już odgruzowanej kuchni…
Żeby się zmotywować do działania wrzucam kilka fotek z ubiegłego roku, kiedy w domku było już czyściutko i pachniało świętami…
Na dekorowanie jeszcze przyjdzie czas…
Rzeżucha zasiana, zajączki zaproszone…
A propo zająca…. Planujecie odwiedziny tego kolesia?
Jeśli tak jak to u Was wygląda?
W moim rodzinnym domu szanowny włochacz pojawiał się w Wielki Czwartek i kitrał gdzieś w mieszkaniu koszyk pełen słodkości i prezentów… moim zadaniem było odszukanie niespodzianek i pochłonięcie zawartości jeszcze przed święconką… ach jakie to były piękne czasy…
Teraz staram się, żeby Ruben miał równie cudowne wspomnienia z tego okresu i starannie przygotowuję go na świąteczne tradycje i oczywiście odwiedziny Zająca.
Reguła jest taka jak w przypadku Mikołaja:
„będziesz grzeczny – przyjdzie!”
Generalnie jest… nawet jakby nie był to i tak na odwiedziny koleżków mógłby liczyć… co to za metody wychowawcze, jej ależ ja jestem niekonsekwentna – skarcę się w „Boże Rany” – znacie tą wielkopiątkową tradycję?
Tak, czy inaczej zając do Rubena przychodzi w Wielki Czwartek.
Zwykle robi to pod jego nieobecność zostawiając souveniry w różnych miejscach, które musi młodzian odkryć na podstawie zadań jakie kicaj zostawia. W ubiegłym roku zając zostawiał mniej więcej takie info…
W tym roku kolorowi kolesie już się szykują do akcji… właśnie obmyślają zadania…
W sobotę święconka – wiadomo pełen koszyk, zapach jajek w Kościele…
I w niedziele Alleluja… kiełby, jajka, szynki… wyżera!!!…
W poniedziałek… Śmingus Dyngus…
Tego dnia od zawsze staram się mieć oczy dookoła głowy… nigdy nie wiadomo co to komu strzeli… żywię nadzieję, że kobietę z brzuszyskiem oszczędzą.
Kiedyś nie oszczędzało się nikogo… pamiętacie te czasy? Nie było łatwo.
W obawie przed podtopieniem poniedziałek wielkanocny spędzałam do późnych godzin popołudniowych w domu, rzucając z 4 piętra worki wypełnione wodą… aj musiało boleć… na szczęście nie mnie…
Tegoroczny poniedziałek wielkanocny to dodatkowo kolejne święto mojego synusia. Imieniny obchodzi młodzian, więc opcji innej niż rodzinny spend nie przewiduję… Będzie miło 🙂
Po długiej przerwie (od bloga i codziennych obowiązków), podczas której wynudziłam się do granic możliwości powoli wracam do życia…
Pierwszym sygnałem, że zaczynam funkcjonować jak dawniej były coraz częstsze wizyty w kuchni… i to już nie tylko w celach rozprostowania kości, czy skorzystania z wodopoju, ale zaczęłam przygotowywać coś konkretnego, coś czym można się posilić… i co najlepsze nie tylko dla domowych głodomorów w liczbie 2, ale i dla siebie… i nareszcie zaczęło mi to sprawiać ogromną przyjemność…
Do pełnego powrotu brakuje mi tylko częstszego wychodzenia na światło dzienne, ale i to powoli się zmienia… dni są coraz dłuższe, wiosna coraz bliżej… jeszcze tylko podreperuję swój podupadły image (moje włosy nie widziały od 3 miesięcy fryzjera) i wybijam na miasto…
Czas leci jak szalony, nawet się nie obejrzałam, a tu już luty i za pasem walentynki… czyli szykuję się wyżera taka od serca i z sercem…
Ale zanim zaczniemy celebrować ten dzień pojawi się inna okazja, dająca możliwość nieprzyzwoitego obżarstwa… Tłuuuusty czwartek…
Nie wiem jak wy, ale ja zamierzam skorzystać… pisałam już wcześniej, że nie mam postanowień i wraz z nowym rokiem nie rozpoczęłam morderczych treningów mających na celu doprowadzenie mojej sylwetki do idealnej, rodem z photoshop’a… i tak skazana jestem na nadprogramowe kilogramy i sylwetkę daleką od doskonałej, ale i to do czasu…. Obiecuję
Tak czy inaczej mój kulinarny powrót zaowocował propozycją na ostatni czwartek karnawału…
Chodziły za mną faworki i pączusie, ale te mogę kupić gotowe i całkiem smaczne w pobliskiej cukierni, więc wzięło mnie na wspomnienie lata, Kołobrzegu i racuchów…
No cóż… nieskromnie powiem, że wyszły pyszne… minus jest taki, że najlepsze są na ciepło, więc wciągnąć należy najlepiej całą porcję od razu, na drugi dzień już są średnio przyswajalne… robią się gąbczaste i przynajmniej mi nie smakują…
Przepis na ciasto prosty… potem trzeba troszkę postać przy garze dorzucając nowe porcję, co może nas kosztować bólem kręgosłupa i pochłonięciem przez odzież wierzchnią zapachów smażenia… ale czego się nie robi dla zachcianek
Do przygotowania racuchów potrzebne będą:
500 g mąki pszennej
50 g świeżych drożdży
375 g ciepłego mleka
szczypta soli
2 łyżki cukru
1 jajko
Po upieczeniu można dodać:
cukier puder, bitą śmietanę, dowolną konfiturę
Przygotowanie:
Ja robię ciasto w robocie, ale jak masz czas i chęci możesz ciasto wyrobić ręcznie…
Do robota wkładamy wszystkie składniki w takiej kolejności jak powyżej. Odpalamy urządzenie i wyrabiamy ciasto do połączenia składników. Następnie ciasto odstawiamy do wyrośnięcia na ok. godzinę.
Po tym czasie rozgrzewamy garnek z olejem, gdy odpowiednio się nagrzeje nakładamy na olej ciasto dużą łyżką, którą najlepiej zamoczyć wcześniej w ciepłej wodzie, aby ciasto się nie kleiło i z łatwością schodziło z łyżki. I tak smażymy na niewielkim ogniu z każdej strony, aż się zarumienią. Po upieczeniu odkładamy na ręcznik papierowy, który pochłonie nadmiar tłuszczu… posypujemy cukrem pudrem, ja dodatkowo polecam z bitą śmietaną i konfiturą jagodową… i zajadamy się ze smakiem… pycha
Druga propozycja równie pyszna i szybka w przygotowaniu.
Nie wymaga dłuższego stania, gdyż robi się w piekarniku, dodatkowo rozprowadzając piękny zapach po domu i co najlepsze na drugi dzień smakuje również wyśmienicie zarówno na zimno jak i na ciepło (po podgrzaniu).
To mój faworyt… idealny na każdą okazję… zresztą sami się przekonacie jak zrobicie pyszne drożdżowo – cynamonowe bułeczki
Do wykonania ciasta potrzebujemy:
250 g mleka pełnotłustego
50 g drożdży świeżych
1 płaskiej łyżeczki cukru
50 g masła miękkiego
500 g mąki pszennej
70 g cukru
1 płaskiej łyżeczki soli
Nadzienie:
50 g masła
2 czubatych łyżeczek mielonego cynamonu
50 g cukru brązowego
Dodatkowo potrzebujemy jedno jajko do posmarowania bułek przed pieczeniem
Przygotowanie:
Do garnuszka dajemy mleko, drożdże, 50g masła i łyżeczkę cukru i delikatnie podgrzewamy (nie gotujemy) do rozpuszczenia się składników. Po rozpuszczeniu przekładamy do robota/miski, dodajemy pozostałe składniki i wyrabiamy ciasto.
Przygotowane ciasto odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 30 min. Pod koniec wyrastania w garnuszku roztapiamy masło dodajemy cynamon i mieszamy. Kiedy ciasto wyrośnie (podwoi swoją objętość) wykładamy na posypany mąką blat i rozwałkowujemy na prostokąt. Następnie smarujemy rozpuszczonym masłem z cynamonem i posypujemy cukrem.
Następnie rolujemy wzdłuż dłuższej strony. Roladkę kroimy na ok. 2 cm. kawałki i powstałe ślimaki układamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Ponownie pozostawiamy do wyrośnięcia na ok. 30 min.
Wyrośnięte bułeczki smarujemy jajkiem i posypujemy z wierzchu cukrem.
Rozgrzewamy piekarnik do 200st.C , wkładamy blachę z bułeczkami i pieczemy ok. 15min, do uzyskania złocistego koloru.
Ja uwielbiam bułeczki z dodatkiem cynamonu, ale można pokombinować z innymi dodatkami. Można dorzucić np. orzechy, jabłka, albo twarożek. Zamiast cukru brązowego można użyć cukru perlistego, który się nie rozpuszcza i daję fajny efekt wizualny.
U mnie wykonanie tej pychoty jest dużo łatwiejsze, bo wszystko łącznie z rozpuszczaniem masła robi za mnie robot, ale uwierzcie mi warto spróbować bez względu na możliwości bo smaczne są niesłychanie.
Żeby nie było, że moje zachcianki ograniczają się do niezbyt zdrowego żarła uroczyście oświadczam, że codziennie pochłaniam pyszne, świeże, owocowo-warzywne koktajle. Zjadam też pożywne, zdrowe śniadania, robię lekkie obiady i delikatne kolacje. Na takie szaleństwo pozwalam sobie kilka razy w tygodniu i nie jest to 7 razy
Jakby ktoś jeszcze nie zauważył… ewentualnie nie wytrzeźwiał… przypominam mamy 2015 rok!
Nowy rok!
Pewnie wielu z Was wkroczyło w niego z mnóstwem postanowień… niczym wróżbita Maciej podejrzewam, że niektóre z nich już poszły w zapomnienie…
Ja w tym roku postanowiłam nie mieć postanowień…
Nie dlatego, że i tak zwykle wytrwałam w nich maksymalnie do końca stycznia…
Nie, tak zwyczajnie… nie narzucam sobie niczego tylko dlatego, że właśnie rozpoczął się nowy rok… mam swoje marzenia i pasje, a to lepsze od jakichkolwiek postanowień…
Końcówka roku 2014 nie należała do najlepszych… już zbierałam myśli nad podsumowaniem roku, wzdychając nad jego zajebistością i ZONK… dużo się pozmieniało i ostateczne podsumowanie już nie wyglądało tak kolorowo jak w moich myślach…
ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i dlatego wchodzę w Nowy Rok pełna optymizmu… bez konkretnych postanowień, ale pełna nadziei na lepsze jutro…
Co może przynieś 2015? Mimo chęci nie da się tego do końca przewiedzieć…
Jedno wiem, prawie na pewno… dla Nas będzie to owocny rok…
czeka Nas kilka ważnych wyzwań, którym zamierzamy sprostać
z uśmiechem na twarzach… innej opcji nie widzę!!!
A Wy jak wkroczyliście w Nowy Rok?
Tym, którzy zapisali całą listę noworocznych postanowień życzę wytrwałości w osiągnięciu celów… tym, którzy podobnie jak ja nie mają żadnych życzę cudownych już 356 dni 2015 roku…
A sobie i każdemu z Was życzę, aby wypijając szampana na przełomie 2015/2016 móc krzyknąć, że to był ZAJEBISTY ROK!
Pozwólcie, że pochłonę za tych, którzy zgodnie ze swoim postanowieniem nie mogą… yuuuuummy
Może i bez śniegu, ale mamy Święta… te najpiękniejsze, wyjątkowe, pachnące…
Jak tylko zabłyśnie pierwsza gwiazda podzielimy się opłatkiem z najbliższymi i rozpoczniemy kulinarną ucztę… ślinka mi cieknie na samą myśl… żadna rybka, sos grzybowy, czy barszczyk nie smakują tak jak dzisiaj…
U Nas jak to się mówi Święta All Inclusive… idziemy na gotowe i to razy dwa…
Cóż chcieć więcej… cała rodzina w komplecie, pyszne jedzonko, morze słodkości… a i prezent się jakiś dostanie, ewentualnie klapsa
W związku z tym kochani chciałabym życzyć i sobie i Wam przede wszystkim zdrowia… szczęścia… kochanych i kochających ludzi dookoła… a całą resztę możecie sobie kupić, albo cierpliwie czekać, aż samo przyjdzie…
Mam też dla Was perełkę… gdybyście kiedykolwiek mieli dylemat jak efektownie zapakować prezent… to polecam pomysł mojego męża… myślę, że z powodzeniem mógłby się znaleźć w top ten na demotywatorach… praktyczny i ekonomiczny sposób… wystarczy reklamówka od sąsiada i kawałek taśmy izolacyjnej… efekt? … powalający… to jest właśnie Magia Świąt
Minął dokładnie rok od kiedy matka postanowiła dołączyć do jakże popularnego ostatnio świata blogsfery…
Mimo pozytywnych rokowań (w moim mniemaniu) nie zatrzęsłam tym światem… nie zapraszają mnie do telewizji śniadaniowych, moje szafy nie uginają się od nadmiaru gratisowych ciuchów, czy gadżetów… ale to absolutnie nie był cel mojego istnienia w wirtualnym świecie blogerów…
Chcę zwyczajnie pozostawić po sobie jakiś ślad, tak dla potomności… żeby były dowody na to, że matka kiedyś wykazywała się kreatywnością… że jej się w ogóle coś chciało… że jak ugotowało to się zjeść dało… że jak coś robiła to wkładała w to całe serce i wreszcie, że rodzina była dla niej całym światem…
Tak, czy inaczej teoretycznie była okazja do świętowania… planowałam zrobić wielką fetę… wiecie: balony, kwiaty, konfetti, koniecznie tort i… ch… bombki strzelił…
Matka się rozłożyła na tyle skutecznie, że od dłuższego czasu zostałam wyłączona z życia publicznego…
Dlatego moja aktywność blogowa znacznie zmalała. Nie było sensu opisywania nowo nabytych umiejętności takich jak precyzyjne przekręcanie się z prawego boku na lewy, dzielenia się informacją jak nie nabyć się odleżyn spędzając cały dzień w pozycji poziomej, czy jak opanować do perfekcji prowadzenia dialogu samej z sobą…
Miałam zacne plany nie tylko co do rocznicy prowadzenia mojego cudownego bloga, ale z racji zbliżających się świąt miałam całe mnóstwo planów co do samodzielnie wykonanych dekoracji, czy świątecznych wypieków…
Ale cóż… siła wyższa…
Zawsze mogę powspominać swoje zeszłoroczne wariacje takie jak TE
Na moje nieszczęście taki stan rzeczy jeszcze troszkę potrwa, ale powolutku staram się wracać do żywych i zamierzam odbyć coroczny rytuał pierniczenia z synem moim. Mimo, że pozycja pionowa przez ostatni czas była mi obca nie zamierzam rezygnować chociaż z odrobiny przedświątecznych przyjemności…
Wracając do sedna… w związku z pierwszymi urodzinami mojego bloga chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy chociaż raz przez przypadek do mnie zajrzeli… tym, którzy regularnie czytają moje wpisy – głęboko wierzę, że tacy są ;)… tym, którzy zostawiają po sobie ślad w postaci komentarzy… Dziękuje Wam wszystkim!!!
Dajcie mi jeszcze troszkę czasu na ogarniecie się, a obiecuję zwiększyć swoją aktywność… głowa, aż mi pęka od pomysłów… nie pożałujecie … zatem do zobaczeniaaaaa…
ja już od dłuższego czasu intensywnie myślę o świętach i co za tym idzie o prezentach. Budżet wyznaczony, lista prezentów zrobiona… mam nadzieję, że mimo pewnych zawirowań uda mi się wszystko dopiąć na ostatni guzik najpóźniej na tydzień przed świętami.
Wytężyłam mózgownice i spisałam kilka pomysłów, na mam nadzieje trafne prezenty dla najbliższych. Ku mojemu zdziwieniu największy problem pojawił się przy wyborze prezentu dla syna mega jedynego.
Tak moi mili, okazuje się, że to wcale nie jest takie proste, wybrać odpowiedni prezent dla dziecka, a już najtrudniej wybrać coś dla tego własnego. Niby nikt nie zna dziecka tak dobrze jak rodzic, a tu klops… kreatywna, wszechwiedząca matka ponosi porażkę przy wyborze prezentu pod choinkę.
Myliłam się myśląc, że reklamy ułatwią sprawę… że przylukam na jakiej młodzian dostał zawiechy, przy której wykazuje podekscytowanie, że dojrzę błysk we wpatrujących się w ekran oczętach… i dojrzałam… wszystko dojrzałam na każdej jednej , nawet najgłupszej reklamie. Dodatkowo po każdej serii takowych dumnie podpowiedział, że chce to… zapytacie co?
Wszystkooo… oj nie mój drogi, matka napadu na bank jeszcze w tym roku nie planuje… wybiorę coś co sprawi Ci wiele radości, a mnie nie wyprowadzi z równowagi po rozpakowaniu.
Szukając prezentu dla dziecka głównie sugerujemy się chęcią sprawienia Niziołkowi wielkiej radości, która będzie otulała nasze serca i zwilżała nasze oczy.
Niestety niejednokrotnie szybko żałujemy dokonanego zakupu. Szczęście jakie towarzyszyło nam w momencie wręczania, szybko przeobraża się w stan irytacji podczas pierwszej niewinnej zabawy.
Niektóre zabawki potrafią doprowadzić do szału. Też tak macie?
Na pewno macie listę znienawidzonych zabawek, które Wasz maluch dostał od nieświadomych popełnianego błędu członków rodziny, albo co gorsza sami sobie zgotowaliście taki los.
W związku z powyższym postanowiłam ułatwić sprawę tym, którzy planują zrobić niezapomniany prezent maluchowi i podać kilka przykładów jakich zabawek nie kupować! Mam nadzieje, że pomoże Wam to w wyborze prezentów pod choinkę, które ucieszą najmłodszych, a rodziców uchronią przed szczękościskiem w momencie odpakowywania prezentu.
Po 1 primo…
Zabawki wydające doprowadzające do szału dźwięki…
To jest największy hardcore… chcesz wkurzyć rodzica?!
Kup jego dziecku samochodzik z wyjącą syreną , robota krzyczącego „fire”, czy inna zabawkę, która wydaje z siebie mnóstwo wprowadzających w stany migrenowe dźwięków. Dzięki takim zabawkom opanowujesz do perfekcji sztukę lekarską i z pełną powagą przed malcem diagnozujesz u zabawki poważną chorobę w skutek, której przestaje wydawać dźwięki z piekła rodem, czyt. wyciągasz po tajniacku baterie…
Po 2 primo…
Zabawki, które składają się z tysiąca małych (wkrótce wszechobecnych) elementów…
Pomijając fakt, że taka zabawka pójdzie szybko w zapomnienie, gdyż drobne części już po chwili ciężko zlokalizować i już nie ma możliwości złożenia tego w całość… to do tego przypominasz sobie wszystkie niecenzuralne słówka jakie przyswoiłaś przez całe swoje życie w momencie kiedy wdepniesz bosą stopą w to małe ustrojstwo, które leżąc niewidoczne na podłodze, czyha na ciebie śmiejąc się szyderczo… przeklinasz dzień, w którym małe łapki odpakowały z impetem ten wątpliwie cudowny prezent…
Po 3 primo…
Zabawki z czujnikami ruchu…
Jedna taka wpadła w nasze ręce. Słodki, żółty minionek… po dotknięciu główki świecił, po machnięciu w okolicy brzuszka śmiał się i wypowiadał kwestię z filmu, ale jak to minionek rozrabiał…
Już nie było nam do śmiechu, kiedy w środku nocy ni z gruchy ni z pietruchy parskał śmiechem zrywając nas i zapewne sąsiadów na równe nogi… szybko skończył swój żywot lądując bez baterii i nogi (odpadła, gdy dostał strzał, za nocne chichotki) w pudle z wyklętymi zabawkami…
Po 4 primo…
Plastelina, ciastolina itp…
Jak najbardziej jestem za pobudzeniem kreatywności u dzieci, pod warunkiem, że dziecko wykazuję chociaż odrobinę chęci wzięcia udziału w takich zajęciach… mój syn do tej pory nie wykazywał… oczywiście zasiadaliśmy pełni nadziei na świetną zabawę przy ciastolinie, co kończyło się pożarciem znacznej części materiału przez młodziana, a to co pozostało powciskał z precyzją budowlańca między panele i w dywan… zdecydowanie musimy troszkę podrosnąć do tworzenia arcydzieł…
Po 5 primo…
Bajki, książeczki…
Niestety moja „rezydencja” nie posiada wielkometrażowych rozmiarów biblioteki, a uginający się pod ciężarem wielostronicowych bajek dziecięcy regał nie podoła kolejnym księgom.
Mamy czytania na kilka ładnych lat… na razie doszczętnie maglujemy wiersze Brzechwy i nie ma mowy o zmianie repertuaru…
Po 6 primo…
Miecze, kije…
To zwyczajnie nie jest dobry pomysł… może to potwierdzić mąż, który ochoczo przyjmuje wyzwanie na bitwę stulecia i szybko żałuje decyzji, zwijając się z bólu po skutecznym ciosie wymierzonym przez pierworodnego w newralgiczne miejsca…
Po 7 primo…
Drewniane klocki…
Nie mam nic przeciwko ekologicznym, drewnianym zabawkom…
Mamy kilka takich, które świetnie spełniają swoją rolę, ale nie są to klocki… wbrew pozorom rzut takim klockiem nawet w wykonaniu malucha może okazać się opłakany w skutkach… w najlepszym przypadku kończy się to guzem, siniakiem, albo pozbijanymi przedmiotami…
To właśnie nasza czarna lista zabawek.
Nie zawsze jednak mamy wpływ na to o co młodzian się wzbogaci.
Dzieciak nie jest wybredny, cieszy się z każdego, najdrobniejszego prezentu jaki dostanie od rodziny, a w przypadku prezentu z czarnej listy nam pozostaje uśmiechać się przez zaciśnięte zęby puszczając w myślach salwę mało pochlebnych epitetów w stronę darczyńcy.
Na szczęście takie prezenty nie zdarzają się zbyt często… a jeśli już tak się zdarzy to głęboko wierzymy, że nie dzieje się tak z nienawiści do nas i chęci wbicia nam szpili, tylko w celu sprawienia radości dziecku
Wy też macie taką czarną listę zabawek?
Czy może wypracowaliście w sobie mega cierpliwość na upierdliwe i hałaśliwe zabawki waszych pociech?
Wielkimi krokami zbliża się jeden z najpiękniejszych okresów w roku…
Dzięki wystawom sklepowym nikomu już nie umknie ten fakt.
Niektórzy uważają, że to zdecydowanie za wcześnie, że listopad to czas wyciszenia, nostalgii… ja uważam, że nie ma w tym nic złego.
Lubię wprowadzać się stopniowo w klimat świąt, a jako poukładany osobnik lubię przygotować się na każde wydarzenie dużo wcześniej, również na święta… nie lubię robić prezentów na ostatnią chwilę (chociaż ostatnio z racji braku czasu tak się działo). W tym roku wygląda na to, że na brak czasu nie będę musiała narzekać, więc spokojnie mogę zacząć przygotowania już teraz…
A mam co robić… moja lista prezentów jest dość spora… mam mnóstwo ważnych osób do obdarowania… ale i ograniczony budżet, w związku z tym muszę wykazać się mega kreatywnością, żeby dla każdego coś upolować lub stworzyć.
Nie jestem zwolenniczką pytania o wymarzony prezent. Od tego jest leniwy Mikołaj (czytaj mało kreatywny członek rodziny), który z niecierpliwością czeka na odpowiedź, aby nie tracąc czasu na poszukiwania odpowiedniego prezentu szybko dokonać wskazanego zakupu i wrzucić ukradkiem pod choinkę… odhaczając osobnika z listy i odetchnąć z ulgą „uff jednego mniej”.
Co to za przyjemność odpakowywać starannie przyozdobiony pakunek wiedząc co jest w środku?… Zero magii… równie dobrze można wręczyć taki prezent w reklamówce jaką się do niego dostało.
Zadając takie pytanie możesz też się spodziewać, że odpowiedź jaką usłyszysz zwali Cie z nóg. Bo nie przewidziałeś, że przekroczy to twój wyznaczony budżet. Jeśli zamierzasz zapytać kogoś o wymarzony prezent ustalcie wcześniej kwotę w jakiej powinien się mieścić… oszczędzicie sobie tym samym zażenowania, gdy usłyszycie odpowiedź.
Ja nie pytam… ja słucham… bacznie koduję cały rok i staram się w odpowiednim momencie idealnie wstrzelić.
Sprawdziło się to niejednokrotnie. Mina obdarowanej osoby jest w takim momencie bezcenna.
Sama też nie lubię informować o tym, co bym chciała… z tych samych powodów co wyżej. Lubię tę dozę niepewności przy odpakowywaniu, nawet jak w środku są tak popularne wśród świątecznych prezentów skarpetki. Cieszy mnie każda najmniejsza niespodzianka jaka kryję się pod świątecznym opakowaniem…
Niby podczas świąt to nie prezenty są najważniejsze…. najważniejszy jest czas spędzony wspólnie z rodziną i absolutnie się z tym zgadzam… dla mnie to właśnie możliwość spędzenia czasu z całą rodziną jest elementem obowiązkowym podczas świąt… ale ten dreszczyk emocji podczas wręczania i rozpakowywania prezentów, wśród wszechobecnego zapachu choinki i potraw wigilijnych… mmmmm magia…. nazwijmy to punktem kulminacyjnym wspólnego biesiadowania.
A jak tam kochani u Was? Dopadła już Was świąteczna gorączka?
Ja już obmyślam plan jak będzie wyglądała w tym roku nasza choinka.
Nadeszła wiekopomna chwila, matce 33 wiosna (a właściwie jesień) wybiła… ale to kompletnie niczego nie zmienia… nadal piękna i młoda zamierzam bawić się w blogowanie i karmić Was porządną dawką różności.
Nie jestem mega aktywną blogerką, nie mam ambicji dobić statystykami do Kasi Tusk, piszę sobie ot tak, dla zabawy… a jeśli raz na jakiś czas, ktoś skorzysta z moich przepisów, czy specyficznych porad lub zwyczajnie z nudów przeczyta od dechy do dechy mojego posta i po lekturze uśmiechnie się do ekranu… to jest mi niezwykle miło.
Mi samej zdarza się korzystając z odrobiny wolnego czasu czytać wpisy innych blogerów. Lubię podpatrywać zmiany wnętrzarskie jakich dokonali, lizać monitor obserwując zdjęcia ich kulinarnych wyczynów, lubię poczytać z odrobiną zazdrości o wojażach jakie przeżyli… pośmiać się, a nawet popłakać poznając ich życie.
Na kilku blogach widziałam „zabawę” w wyzwania. I nie były to wyzwania w stylu Ice Bucket Challenge.
Blogerzy nominowali innych blogerów do wypisania 3, czy 7 rzeczy, których o nich nikt nie wie.
Pomyślałam sobie… to nie głupie… skoro nie można kogoś poznać osobiście, można się o tej osobie dowiedzieć czegoś więcej i czytać jego wpisy z większym zrozumieniem.
Jako, że nie mam „blogowych koleżanek”, które nominowałyby mnie do takiego wyzwania. Postanowiłam sama od siebie podzielić się z wami takimi informacjami z mojego życia, o których prawdopodobnie nie mieliście zielonego pojęcia.
Być może uda Wam się bardziej zrozumieć moją skomplikowaną jednostkę. A żeby było weselej, z okazji moich urodzin będą to aż 33 newsy …. aaaaa oszalałam… lecimy:
1. Boję się pająków…
… no zwyczajnie ich nie znoszę… powinny skończyć pod moim butem, ale boję się nawet zbliżyć do nich na taką odległość… brrr
2. Nie lubię się spóźniać…
… uważam, że to w złym guście, jeśli mi się to zdarzy (a raczej nie zdarza) to z przyczyn ode mnie nie zależnych. Dla jasności nie lubię też spóźnialskich!
3. Nie potrafię robić makijażu…
… używam jedynie maskary i różu… „wyszpachlować” się nie potrafię, wszelkie próby wykonania make-upu upodobniały mnie do Marlina Mansona
4. Nie lubię rozmawiać przez telefon…
… wole relację face to face… a cisza po drugiej stronie słuchawki doprowadza mnie do szału!
5. Nie lubię połączenia mięso-owoce…
… nigdy was nie uraczę schabem ze śliwką, morelą, czy kotletem z ananasem… to duet dla mnie nie do strawienia
6. Nie znoszę noszenia rajstop…
… czasami kobieta musi wcisnąć na siebie to ustrojstwo… ani to ładne, ani wygodne i ta „błona” między nogami… wrrr
7. Nie lubię spontanicznych wypadów…
… jako, że jestem stosunkowo poukładanym osobnikiem – jestem zwolenniczką robienia list itp., żaden spontan u mnie nie przejdzie… muszę się psychicznie przygotować na każde wydarzenie
8. Nie lubię się opalać…
… leżenie plackiem w pełnym słońcu nie jest dla mnie żadną atrakcją, ani formą relaksu… wolę aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu
9. Ciężko przyswajam wskazówki…
… słaby ze mnie uczeń… nowości muszę liznąć sama ucząc się na własnych błędach
10. Nienawidzę chrapania…
… uuuuu nienawidzę! Naprawdę budzą się we mnie mordercze instynkty… nieważne, czy chrapie człowiek, czy pies!
11. Mam problem z mnożeniem przez 8…
… a przez 9 liczę na palcach
12. Jestem fanką horrorów…
… a właściwie thillerów… takich z wątkiem psychologicznym… biegająca z nożem laleczka już nie podnosi adrenaliny
13. Jestem hipochondryczką…
… przeraża mnie myśl o jakiejkolwiek chorobie, dlatego robię przegląd techniczny co pół roku
14. Wolę dawać, niż brać…
… to raczej prawidłowy odruch… ale wokół nadal jest więcej osobników zachłannych.. niestety
15. Mam 4 tatuaże…
… i nie zamierzam na tym skończyć
16. Uwielbiam zakupy…
z mężem… dla jasności on też to lubi! no związek idealny!
17. Ciężko jest mnie wyprowadzić z równowagi…
… jestem oazą spokoju, pierdolonym kwiatem lotosu na tafli jeziora… medal dla tego, kto sprawi, że będzie mną rzucać jak po opętaniu przez szatana… ale może lepiej nie próbować!
18. Jestem szczera… czasem do bólu…
… albo się mnie kocha, albo nienawidzi… zazwyczaj mam dużo do powiedzenia, z reguły mam rację, powiem to co myślę, czy Ci się to podoba, czy nie… i nigdy nie żałuję!
19. Nie mam drugiego imienia…
… ale mam trzecie, to z bierzmowania Anna (chyba)
20. Mam prawo jazdy, ale nie jestem kierowcą…
… jakieś 10 lat temu miałam egzamin i wtedy właśnie ostatni raz siedziałam za kierownicą… a ponieważ na szofera mnie jeszcze nie stać środki komunikacji miejskiej nie są mi obce
21. Jestem dobrym pilotem…
… ze mną zawsze trafisz do celu mimo, że (jak ponoć większość kobiet) mam objawy skrzyżowanej lateralizacji i w prawo to w lewo i odwrotnie
22. Codziennie mówię pacierz…
… mam za co dziękować i robię to każdego dnia
23. Rodziłam przez cesarskie cięcie…
… i wbrew temu co mówią „mądrzejsi” nie czuję się gorsza, a mój kontakt z dzieckiem jest doskonały
24. Śpię na lewym boku…
… chociaż zasnę w każdej pozycji, embrionalna-lewoboczna jest moją ulubioną
25. Grałam kiedyś w Medal of Honor w sieci…
… miałam zdecydowanie za dużo wolnego czasu
26. Nie lubię toalet bez zamknięć…
… nie uśmiecha mi się świecić piczą po zamaszystym otwarciu drzwi toaletowych przez mniej wychowanych
27. U dentysty muszę mieć znieczulenie…
… to trauma z dzieciństwa… albo znieczulenie, albo dostajesz kopa Panie Doktorze… to był odruch bezwarunkowy na skutek bólu jaki mi jeden taki sadysta zafundował za młodu
28. Moimi idolami byli niegrzeczni chłopcy z Bloodhound Gang…
… nie miałam plakatów Dylana z BH 90210, czy Backstreet Boys, jak psychofanka zbierałam o swoich idolach wszystko co wpadło mi w ręce
29. Jestem lojalnym i sumiennym pracownikiem…
… a, że aktualnie szukam pracy czekam na ciekawe propozycje!
30. Lubię porządek…
… nie od zawsze… „kto z kim przystaje takim się staje” od męża nabyłam ten „dar” porządkowania… właściwie nie nabyłam, a całkowicie wchłonęłam, nieświadomie pozbywając go tej umiejętności
31. Jestem spostrzegawcza…
… koduję to co dla innych pozornie jest nieważne… to sprawia, że szybko poznaję się na ludziach i nigdy się nie mylę w ocenie…
32. Lubię czerninę…
… tak, lubię zupę z kaczej krwi, tzw. czarną polewkę… ma ona niewielu zwolenników… mimo, że sama nigdy nie robiłam… robi ją moja mama, tak jak wcześniej babcia… POLECAM!
33. Jestem super…
… mamą i żoną… ktoś śmie wątpić?!
Coś was zdziwiło?
Taka jestem… i co gorsza nie zamierzam się zmieniać, jedyne co możecie zrobić to lajkować lub komentować moją zajebistość… to łechce moje ego
PS.
Na profilu FB kilka fotek z moich halloweenowych urodzin