Jesień plecień…

Jako, że wakacyjne… letnie dni są już tylko mglistym wspomnieniem czas przyjąć na klatę fakt, że nastała – wątpliwie – piękna polska jesień.

Jesień jak to jesień… oprócz pozbawienia drzew zielonych liści, wszechobecnych kałuż i błota,  przynosi ze sobą dużo chłodniejsze i niestety krótsze dni, a w pakiecie z wyżej wymienionymi chandrę, czy bardziej fachowo: depresję sezonową.

Wszelkie badania i statystyki wskazują, że to właśnie spadek temperatur i niedobór światła słonecznego jakie towarzyszą jesieni, wzbudzają w nas depresyjne zachowania. Jesienią wyjątkowo brakuje sił i chęci do działania, ogarnia nas niebotyczne zmęczenie, czy zwyczajnie lenistwo.

To okres wzmożonego narzekania na wszystkich i na wszystko.

Ja teoretycznie jednostką depresyjną nie jestem. Nie mam tendencji do narzekania…. mimo, że powodów kilka by się znalazło, ale generalnie szkoda mi na to zdrowia i czasu. 

Pojawia się u mnie od czasu do czasu jakaś tam jednodniowa niedyspozycja, która wynika z czystego lenistwa. Ale moje akumulatorki ładują się błyskawicznie i bezczynność szybko idzie w zapomnienie.

Jedyną rzeczą, która przeszkadza mi w tym okresie, ale mimo wszystko nie jest wstanie wprowadzić mnie w stany depresyjne jest fakt, że o tej porze roku może być zajebiście zimno! 

To ogranicza mnie jeśli chodzi o wypoczynek na świeżym powietrzu i zmusza do wyszukiwania sobie zajęć w domowych pieleszach. Ale takich na szczęście nie brakuje.

Jedno jest pewne… u dzieci – a przynajmniej u mojego – tendencji spadkowych         w nastroju w okresie jesienno-zimowym nie zauważyłam.

O ile w okresie letnim ponadprzeciętna energia jaką dysponował mój syn, dała się wytłumaczyć … wiadomo zasysa z promieni słonecznych…

o tyle w okresie jesienno-zimowym wytłumaczenia na pokłady energii posiadanej przez nieobliczalnego 3 latka nie mam! Ktoś ma na to jakąś teorię?

Pragnę zauważyć, iż nie przyjmuje za dużej dawki cukru, kofeiny, czy innych „dopalaczy”, na baterie Warta, czy Duracell też nie działa. To ja się pytam tych mądrzejszych skąd ta gadzina tak tryska energią He?

Jedyny pożytek z tej sytuacji jest taki, że istnieje pewne prawdopodobieństwo, że częściowo chłonę od niego tą energię. To moja osobista ładowarka. Eh jakież to ekonomiczne… on na tym absolutnie nic nie traci… a mi pomaga działać i cieszyć się każdą jedną chwilą, bez zbędnego narzekania i użalania się nad sobą spod koca.

W związku z powyższym… nie muszę szukać sposobów na walkę z sezonową depresją. Ale mogę podzielić się sposobem na zaspokojenie swojego łakomstwa, który z dużym prawdopodobieństwem pomoże tym, którzy aktualnie zmagają się     z depresją okresu jesienno-zimowego.

Crambule z jabłkami

 

kruszonka

 

Madafaka nie ma nic lepszego w okresie jesiennym, niż smak i zapach cynamonu.

U nas jest on wszechobecny… świeczki cynamonowe, olejek do kąpieli cynamonowy, mydło cynamonowe, pojawia się on niemal we wszystkich moich potrawach… a jak wiadomo idealny jest w duecie z jabłkami i to właśnie moja propozycja na jesienny deser i lekarstwo na chandrę.

kruszonka1

 

Potrzebujemy… na kruszonkę:

– 100 g masła

– 80 g brązowego cukru (biały też może być)

– 150 g mąki

– 1 szczypta soli

Wszystkie składniki zagniatamy, zawijamy w folie spożywczą i wstawiamy do lodówki na ok. 20min.

Masa jabłkowa

– odrobina masła

– ok. 1/2 kg jabłek – wydrążonych, pokrojonych w kosteczkę

– 1 łyżka soku z cytryny

– 40 g cukru (brązowego lub białego)

– 1 łyżeczka mielonego cynamonu – ja daję więcej ok 2 łyżeczek

Masło roztapiamy w rondelku, dodajemy pozostałe składniki i podsmażamy, aż jabłka zmiękną. Następnie wykładamy gotowe nadzienie do posmarowanych masłem kokilek lub innego naczynia żaroodpornego. 

Masę jabłkową posypujemy kruszonką i pieczemy w rozgrzanym piekarniku            w   temp. 180°C przez około 25 – 30 minut (dopóki kruszonka nie nabierze złocisto-brązowego koloru).

Najlepiej podawać na ciepło. By podnieść kaloryczność deseru można pokusić się o dodanie bitej śmietany lub lodów waniliowych. W wersji hard dodajemy jedno i drugie.

 

kruszonka2

 

Ja pochłaniam bez opamiętania (w wersji podstawowej)… sukcesywnie wyposażając się w tkankę tłuszczową. Przyda się podczas zimy stulecia, którą straszą od kilku lat.

Deser szybki, sycący i mega aromatyczny.

Róbcie i jedzcie, a depresja nie będzie Wam straszna.

I byle do wiosny!

Pan Kotek był chory…

Dopiero uporałam się z chorym dzieckiem, które mimo faktycznych dolegliwości towarzyszących przeziębieniu znosił to bardzo dzielnie.

A tu przypałętało się mega niebezpieczne, rozkładające na łopatki choróbsko Pana Taty.

Jak to w przypadku facetów bywa jest ono znacznie bardziej spektakularne, niż       w przypadku dzieci, o kobiecie już nie wspomnę.

Tak moim drodzy… mój ukochany facet jest na granicy życia i śmierci.

Wzdycha… parska… charczy… jęczy… smara… siorpie…  nieustająco sygnalizuje swój agonalny stan.

Co więcej… żeby nawet na chwilkę mi nie umknęło, że aktualnie Pan Domu jest       w krytycznym stanie informuję mnie na bieżąco o pojawiających się dolegliwościach:

„zimno mi… gorąco mi… z nosa mi leci… gardło mnie boli… gorączkę mam… głowa mnie boli… nie mogę się ruszyć….” Fuck! – krzyczę w myślach.

Ponieważ nie jestem istotą pozbawioną jakichkolwiek uczuć … współczuję… głównie sobie.

Ale podam herbatkę z cytrynką… przyłożę rękę do czoła zapewniając po raz setny, że temperatura chorego nadal nie przekroczyła 36,6… podam lekarstwa mające przynieść ulgę męczarniom, mając nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

Potrafię znieść wiele… mimo, że czasami przecedzę przez zęby dosadny komunikat „weź się ogarnij człowieku” to generalnie powstrzymuję się od tego typu komentarzy i próbuję okazać odrobinę współczucia.

Ale wszystko do czasu… w nocy niestety budzą się we mnie mordercze instynkty… słysząc chrapanie, sapanie i inne takie uwierzcie mi walczę ze sobą,  aby nie skrócić jego męki i nie udusić poduszką…

O ile w ciągu dnia wszelkie demoniczne dźwięki znoszę z pokorą, tak w nocy kiedy liczę na totalny reset w sypialni słysząc ćwiczenia aparatu artykulacyjnego męża mego, które przypominają zwierzęce odgłosy dostaję szału…. nocka z głowy… i jak tu przetrwać kolejny dzień mając w 10 stopniowej skali wkurwienia poziom 9.

Wyobrażacie sobie jak trzeba kochać takiego osobnika, żeby mu krzywdy nie zrobić… to chyba jedyny ratunek dla niego.

 

13b919438259814cd5be8cb45877d577

 

A propos tej jakże popularnej sytuacji, kiedy to facet chory staje się osobnikiem nie do zniesienia wyczytałam, że kilka lat temu przeprowadzono test „Męskiej Grypy”.

Stwierdzono, że są cztery typy chorego faceta, a test miał pokazać jaki typ jest dominujący na terenie naszego kraju.

Ludzie (głownie panie) rozwiązywali sumiennie test, aby dowiedzieć się jak szybko i skutecznie uporać się z marudzącym na różny sposób facetem, którego dopadło przeziębienie. 

Test uświadomił respondentki, że mamy do czynienia z następującymi typami chorego faceta: Misiaczek, Superbohater, Czaruś i Diwa.

Pierwszy delikwent MISIACZEK charakteryzuję się tym, że niemal błagalnie prosi   o herbatkę, kocyk, pilota od telewizora, czy o odrobinę współczucia.

Drugi SUPERBOHATER to typ dla którego niestraszne są objawy ustrojstwa jakim jest grypa, czy przeziębienie. Nawet przy mega wysokiej temperaturze chojraczy      i jest gotowy do wykonywania codziennych obowiązków.

CZARUŚ to typ, który wzrokiem niczym kot ze Shreka wybłaga czego dusza zapragnie. To przebiegła bestia. 

A DIWA drogie Panie to typ, który podczas choroby nie wskoczy w stare dresiwo, tylko przyodzieje nienaganne wdzianko, aby cierpieć dostojnie. Do tego wszelkiego rodzaju odgłosy paszczowe takie jak kasłanie, chrząkanie, wzdychanie przepełnia dramaturgia, odgrywa przy tym oskarową rolę.

I niestety z każdym z tych typów trzeba postępować inaczej, aby przyspieszyć ich proces rekonwalescencji. Jakbyśmy miały mało na głowie, musimy umiejętnie rozpoznać jaki typ chorowitka nam się trafił i działać według odpowiedniej strategii dla każdego z typów. Masakra.

I tak, chcesz wyleczyć MISIACZKA musisz go regularnie przytulać, głaskać                   i współczuć. Potrzebuję on w tych niesłychanie trudnych dniach choroby mnóstwa czułości i szczególnej opieki.  Ja pierdziele mi nawet włosów (mimo, że mam krótkie) podczas ciążowych wymiotów nie miał kto potrzymać.

Aby wyleczyć swojego SUPERBOHATERA nie możesz robić nic na siłę. Wiadomo będzie udawał, że nic mu nie jest, a my musimy go podziwiać za jego postawę, że mimo tak „ciężkiej” choroby tak świetnie sobie radzi, że jesteśmy z niego takie dumne i że imponuję nam taką postawą.

Mój boże… za jakie grzechy ja się pytam! Mnie nikt nie podziwiał jak po cesarce sama ogarniałam dom i dziecko, skręcając się z bólu, bo tatuś dostał uczulenie          i dotknąć się niczego nie mógł!

Czaruś podobnie chyba jak misiaczek potrzebuję naszej uwagi. Powinnyśmy go wychwalać i podkreślać jakie jesteśmy z niego dumne, że tak sobie radzi w chorobie i nie traci przy tym uroku. Jasne, a jak już wyjdzie z tego to mu medal podaruje taki piękny pozłacany – na szczerozłoty jakoś za mało mnie czarował… franca.

Chcąc natomiast uleczyć naszą męską DIVĘ musimy zapewniać, że choroba nie odciska na nim swojego piętna, że nadal ma mnóstwo uroku. No szczyt… żebym usmaranemu facetowi wmawiała, że i tak niezłe z niego ciacho, gdy podczas mojej chwilowej niedyspozycji widzę zniesmaczony wzrok lubego wołający o jak najszybsze doprowadzenie się do porządku. Hell no!

No i co drogie Panie? Który typ pasuje do waszego faceta?

Bo mój to mieszanka (wybuchowa jak się okazuje) każdego z tych typów.

Błaga o odrobinę współczucia i opiekę (misiaczek), rzuca jakieś dziwne spojrzenia jak poczuję głód lub pragnienie (czaruś), ostentacyjne chrząkanie i kaszel opanował do perfekcji (diwa), mimo fatalnego samopoczucia po mozolnych prośba dziecka ruszył dupę i ułożył z nim puzzle… no wyczyn nie z tej ziemi (superbohater jak cholera).

I teraz jak sobie z takim pacjentem poradzić?

Zacisnąć zęby, podać herbatę i w wieczornym pacierzu prosić o szybką poprawę stanu jego zdrowia.

Amen

Sorry… taki mamy klimat…

Sezon na przeziębienia oficjalnie uważam za otwarty.Po pięciu dniach nieopisanej radości z możliwości bycia przedszkolakiem moje dziecko się rozchorowało….W niedzielę pojawiła się gorączka.. potem codziennie nowa dolegliwość…katar, kaszel i nieustający niepokój matki o zdrowie dziecka…

Teoretycznie dziecko znosi to lepiej ode mnie… apetyt i siły witalne go nie opuściły… choroba absolutnie w łóżku go nie zatrzymała, jak szalał tak szaleje, a matka wychodzi z siebie w obawie przed pogorszeniem jego stanu zdrowia… latam z termometrem celując w czoło młodziana co parę minut, kilka razy na dobę kontroluję starannie jego ciałko z nadzieją na niedoszukanie się żadnych plamek, otworzyłam swoje małe laboratorium tworząc domowe specyfiki mające przynieść ulgę wypluwającemu swoje płuca stworzonku.

Zapach cebuli unoszący się w mieszkania doprowadza mnie do niekontrolowanych odruchów wymiotnych. Ale co poradzić… skoro nie mogę wziąć choroby na siebie… robię wszystko, żeby mu pomóc… od tego jestem.

Oczywiście wizytę u lekarza zaliczyliśmy… musiałam się upewnić, że to nie jest nic groźnego. Generalnie nie panikuję bez powodu, lekarza odwiedzamy w ostateczności, ale ostatnio człowiek się tyle nasłuchało nagłych, nieprzyjemnych      w skutkach przypadkach chorób u dzieci, że wolę dmuchać na zimne. 

Zalecenia to syrop, kropelki do nosa i będzie dobrze. Będzie na pewno, ale jak każda matka chcę żeby było dobrze już, natychmiast… nie mogę patrzeć jak moje dziecko próbuje wypluć sobie płuca i przerażony nie wie co się z nim dzieje.

Dlatego ruszyłam na pomoc z babcinymi przepisami i tak oto powstało moje kuchenne laboratorium, a w nim znany od wiek wieków syrop z cebuli (pokrojoną cebulę zalewam miodem i czekam, aż puści sok… obrzydlistwo, ale pomaga i o dziwo bardzo smakuje mojemu dziecku).

syrop z cebuli

Dodatkowo regularnie podawane są napoje słodzone miodem (miód, jak wiadomo działa nawilżająco i łagodzi podrażnienia), herbata z cytryną i sokiem malinowym wciskana jest młodzianowi co chwil parę…po serwowaniu czosnku i imbiru dziecko bankowo będzie miało traumę, ale czosnek pełni rolę antybiotyku, ma silne działanie antybakteryjne, natomiast imbir posiada właściwości, które hamują proces zapalny. To idealny duet przy walce z przeziębieniami.

cytrynka

tea

To nie koniec naszych zmagań z choróbskiem… 2 razy dziennie przeprowadzamy inhalacje z soli fizjologicznej... wdrożyłam nacieranie maścią rozgrzewającą, bo spirytusem jakoś się lękam… 

no i oczywiście zrobiłam ROSÓŁ…

rosołek2

 

Rosół dobry na wszystko. To ulubiona zupa mojego dziecka, zresztą chyba każdego malucha. Próżno u nas szukać np. pomidorówki nazajutrz, gdyż 5 l. gar jest pochłaniany jednego dnia. I to tylko przez naszą trójkę.

Ale co zrobić, żeby rosół był dobry?

Przepisów jest milion pięćset sto dziewięćset i każdy uważa, że rosół robi genialny. Ja również :)

Podstawą rosołu jest mięso… żeby się nie zmarnowało najlepiej takie, które potem chętnie zjemy, dlatego u mnie jest to zazwyczaj kurczak (skrzydełko, nóżka) i indyk (skrzydełko). 

Większość z Was pewnie dodaje wołowinę, ja tego już nie robię… smak rosołu zupełnie się dzięki niej nie zmienia, a gotowanej wołowiny nikt u nas specjalnie jeść nie chce.

Do rosołu dodajemy włoszczyznę… rzecz oczywista… marchewka, pietruszka, seler, por…

Ja dodaję jeszcze cebulę (najlepiej opaloną, tudzież przypaloną),ok. 3 ząbków czosnku, pęczek natki pietruszki i kilka liści lubczyku (zamroziłam sobie tatusiowy lubczyk i mam)

Do rosołu dodaję również liść laurowy suszony (złamany – ponoć lepiej wydobywa smak), kilka kulek ziela angielskiego i pieprzu, sól i pieprz mielony.

Absolutnie nie dodaję żadnych ulepszaczy smaku, żadnych kostek rosołowych, veget, kucharków i innych cudów.

Zdarza się, że rosół wychodzi za blady. Wówczas można trochę oszukać oko i dodać odrobinę kurkumy lub szafranu. Bez obaw! Nie zmieni to smaku waszego rosołu. Ja tego nie robię, bo mój rosół jest zawsze idealny, pięknie żółty i klarowny. 

rosołek

Ostatnio oglądałam program kulinarny, w którym szef kuchni polecał dodać do rosołu wątróbkę drobiową. Ma to poprawić smak rosołu. Nigdy wcześniej tego nie robiłam mimo, że bardzo lubię wątróbkę drobiową, ale mój mąż.. delikatnie mówiąc za nią nie przepada, dlatego odpuszczałam sobie ten zabieg.

Jednak pan prowadzący program bym tak przekonujący, że pokusiłam się i dorzuciłam do swojego rosołu i wiecie co? faktycznie rosół jest jeszcze lepszy niż wcześniej… mąż nie narzeka bo nie wie, a zajada się wzdychając do talerza.

Rosół z dodatkiem wątróbki bardzo mi przypomina rosół mojej babci… mimo różnych prób nigdy nie udało się ani mi, ani nikomu z rodziny odtworzyć tego smaku. Teraz znalazłam na to sposób. Dobry rosół to panaceum na wszelkie dolegliwości. Wiedzą to nie tylko walczący z przeziębieniem, ale również szczęśliwi posiadacze syndromu dnia poprzedniego. 

 

pożeracz

 

A wy jaki macie domowe sposoby na walkę z infekcjami?
I jaki znacie patenty na pyszny rosół?
Doradźcie… matka wysłucha!

Domowy Fast Food…

Zdarza mi się po „wyczerpującym” shoppingu wciągnąć w „galerianych restauracjach” jakieś małe świństewko.

Z tej jakże bogatej oferty śmieciowego żarcia wybieram mniejsze zło (przynajmniej tak mi się wydaję), nie jadam kanapek, których zawartość jest zazwyczaj jedną wielką niewiadomą. Wybieram takie mięcho, które jak mięcho wygląda. Mimo smażenia na głębokim oleju, nadal skrzydełko wygląda jak skrzydełko.

Taki mikro zestawik wciągnę, popiję wysoko kalorycznym napojem słodzonym i …. niestety nie mam żadnych wyrzutów sumienia…No ale tego typu sytuacje na szczęście nie mają miejsca zbyt często… czuję się rozgrzeszona :)

Gdy nie mam w planach buszowania po galeriach, ale mam ochotę na chrupnięcie czegoś z serii fast food… wpadam do kuchni i przygotowuję coś, z czegoś… w co aktualnie jest wyposażona lodówka.

Najprościej jeśli znajdują się w niej skrzydełka, bo to tylko kwestia zamarynowania, wrzucenia do piekarnika i robi się samo… ale nie… w mojej lodówce zagościł ostatnio gigantyczny filet z indyki. Sam się nie zrobi… zatem matko bierz się do roboty…

Ok, myślę… nie jest źle… mięsko zmielimy i dziś w menu będzie Herr Burger w towarzystwie kolorowych frytek. Coś czego w pozadomowych warunkach nie ruszam, po samodzielnym przygotowaniu wciągnę z prędkością światła…

so let’s do it!

 

burger2 (2)

 

Potrzebujemy mięsko… u mnie zazwyczaj jest to mielone z indyka, ewentualnie wołowe…bułka – dowolna ciemna lub jasna, z ziarnem lub bez, kto co lubi…do tego liść sałaty, plasterek pomidorka, ogórek kiszony, cebulka czerwona – dodatki wg uznania…i sosik – u mnie jogurt grecki z ketchupem…

Mięcho jeśli mamy w kawałku mielimy, doprawiamy jak lubimy… grillujemy lub smażymy…podgrzewamy bułę…mięso i dodatki układamy w dowolnej kolejności na bułce i pożeramy oblizując się ze smakiem…

 

burger4.jpg

burger5

 

Frytki wyjątkowo nie z ziemniaków, a z marchewki i pietruszki.

Musicie koniecznie spróbować, smak pieczonych warzyw zaskakuje… pieczona pietruszka to moja faworytka w tym daniu… yummy

 

fryty1

 

Marchewkę, pietruszkę (może być też seler) skroimy w słupki. Wrzucamy na kilka minut do wrzącej wody, osuszamy, wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia… skraplamy oliwa z oliwek, posypujemy solą i ulubionymi ziołami (tymianek, bazylia, oregano…), wkładamy do nagrzanego do 200 st. piekarnika i pieczemy ok. 30 min… obserwujemy, żeby się nie przypaliło!

Do tego jogurtowo-czosnkowy sosik i niebo w gębie

 

fryty2

fryty3

 

Domowy fast food…  kto by pomyślał, że do szczęścia tak niewiele potrzeba…. hmmm … a zakupy można zrobić wirtualnie…bez wychodzenia z domu… też dają dużo przyjemności…

Wake Me Up In July….

Nie ma się co oszukiwać… wakacje dobiegły końca… wskazuje na to nie tylko pogoda…- młody rozpoczął edukację… – pojawił się wilczy apetyt na treściwe, tłuste żarcie i gorące zupy, a co za tym idzie zauważono wzmożoną aktywność matki w kuchni…- robienie grzańców staje się rytualną, wieczorną czynnością….- rozpisałam mnóstwo pomysłów na kreatywną zabawę z dzieckiem w domu….- zapoznałam się z wieczorną ramówką poszczególnych stacji telewizyjnych…- przygotowałam listę czynności remontowo-konserwacyjnych odkładanych„na wieczne zaś”… hmmmza oknem szaro, buro i nijak, więc w domu będzie co robić…

Wakacje…. tak wyczekiwane minęły jak z bicza strzelił.

Nie wiem jak Wy, ale My co roku wybieramy ten sam punkt na mapie… Kołobrzeg. Ośrodek niegdyś zakładowy, gdzie jako dziecko jeździłam z rodzicami i bratem. Teraz sprywatyzowany, ale nadal urokliwy.

Małe domki po modernizacji bogatsze o toaletę i stylową tapetkę spełniają w pełni nasze oczekiwania co do wakacyjnego lokum.

Sam ośrodek idealny dla rodzin z dziećmi i blisko morza. Dodatkowo każdego roku zaskakuje designerskimi nowinkami. W tym roku była to dekoracja przy publicznych prysznicach. Ktoś wykazał się niesamowitą kreatywnością… jednak ropuch ulokowany na szczycie „pomnika” – raczej na pocałunek nie miał co liczyć. Kto by się połasił na takiego kiblowego księciunia?

 

księciunio

 

Na „naszym” ośrodku spotkać można ludzi, którzy podobnie jak ja przyjeżdżali        X lat temu. Dzieciaki z którymi biegałam, teraz już dorośli przyjeżdżają ze swoimi rodzinami, tak jak ja. Mam sentyment do tego miejsca. Inni jak widać też.

 

DCIM100GOPRO

 

Teraz Kołobrzeg jest jeszcze piękniejszy niż 30 lat temu, ba niż 3 lata temu.

Piękne, szerokie plaże… rewelacyjne ścieżki rowerowe… mnóstwo atrakcji… i cisza (no chyba, że akurat jest Sunrise :).

Jedyny minus to temperatura wody… ja jako istota ciepłolubna morskich kąpieli nie uraczyłam od… fiufiu…. nastu lat. Temperatury wody 11 st. to dla mnie żadna frajda, przy dobrych frontach 18 st. to nadal za mało. Ale dzieciom to nie przeszkadzało (mi ponoć kiedyś też nie)… sine usta, dreszcze… pfy… nic nie zepsuje nadmorskiej zabawy…

 

DCIM100GOPRO

 

Nasze wakacje są prawdziwie rodzinne… oprócz naszej trójki, meldunek na Ośrodku miał mój brat z rodziną, rodzice i znajomi, których z uwagi na urok tego miejsca i sentyment (o którym wspomniałam) co roku przybywa.

Takie wakacje są najlepsze i nie zastąpią ich żadne zagraniczne wojaże. Wszyscy moi bliscy razem. Bajka…

Jak to na wakacjach bywa… niekontrolowany ślinotok pojawia się na każdym zakręcie. Zapachy docierające do naszych nozdrzy nie pozwalają przejść obojętnie   i pożeramy gofry, lody, rybki smażone, wędzone… i punkt obowiązkowy w Kołobrzegu RACUCHY z bitą śmietaną i jagodami. Nie ma takiej siły, która by sprawiła, że ich nie pochłonę. Po prostu muszę!!!! Wam też polecam…

racuchy

Będąc tam robię sobie wakacyjną dyspensę i wcinam bez opamiętania, wmawiając sobie, że dzięki wycieczką pieszym jakie serwowaliśmy sobie każdego dnia wypoczynku (ok. 20km) dupa nie urośnie. Dobre sobie…

rybka

 Z racji tego, że pogoda przez cały 14 dniowy pobyt nam bardzo dopisała, spędziliśmy ten czas dość aktywnie. Oprócz codziennych wycieczek pieszych, liznęliśmy wycieczek rowerowych i zabaw na plaży… siatkóweczka, frisbee, robienie samolotów, młynków, taczek, gwiazd, rozgwiazd…. wole to od biernego „plażingu-smażingu”…

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Dwa tygodnie kołobrzeskiego wypoczynku dobiegły jednak końca. Niestety….
Podsumowując: wakacje uważam za baaaardzo udane… pogoda jak w tropikach… dziecko od rana do wieczora na dworze, wybiegane, wybawione, szczęśliwe… skóra muśnięta słońcem… podniebienia uraczone nadmorskimi przysmakami… reset synaps zaliczony… ploty ze znajomymi nadrobione… akumulatory podładowane… plany na przyszłe wakacje ustalone…

Kołobrzegu do zobaczenia za rok… arrrr

DCIM100GOPRO

Misja – przedszkole…

Nadeszła pora żeby się ogarnąć, otrzeć łzę i pogodzić się z faktem, że moje dziecko rozpoczyna nowy etap życia… idzie do przedszkola.

mis

Jak wielu rodziców i maluchów, tak i my musimy się wspólnie przygotować do tego wydarzenia. Kupić kilka, czy też kilkanaście (w porywach kilkadziesiąt) niezbędnych rzeczy i nauczyć się żyć z myślą, że przez pół dnia nasz ukochany brzdąc zostaje pod opieką zupełnie obcych kobiet. 

 Pierwszym etapem, jaki mamy za sobą były tygodniowe zajęcia adaptacyjne, które odbyły się w lipcu. Młody ku zdziwieniu Pań prowadzących i pozostałych, przeżywających stres matek zaklimatyzował się błyskawicznie. Obecność rodziców była mu delikatnie mówić… obojętna. Nie mam pewności, czy to się nie zmieni, gdy młodziana znudzą zabawki, prace twórcze, czy marudne towarzystwo. Czas pokaże…

Tak, czy inaczej na nową przygodę przygotować się trzeba… nie tylko emocjonalnie, ale i finansowo… tak, tak niestety należy dokonać zakupu kilku niezbędnych artykułów.

Każda placówka ma swoje wytyczne, jeśli chodzi o wyprawkę dla przedszkolaka… nasza na szczęście ma takie, dzięki którym będę zwolniona z kupowania artykułów plastycznych… uff ominie mnie poszukiwanie, kredek, farbek, kartek, karteczek, pędzelków i innych pierdół, którymi nie mogę pobawić się sama… u nas wpłacając niewielką kwotę Panie same wyposażają grupę w potrzebne gadżety, pomagając rodzicom oszczędzić sporo nerwów i czasu, a maluchom uniknąć szarpaniny o kredki z fajniejszym bohaterem rodem z Disneya.

Jeśli jednak, któraś z zaglądających tu mam niestety jest skazana na buszowanie      w promocjach marketowych informuję, że dla malucha najprawdopodobniej (skonsultuj to z przedszkolem) potrzebne będą:

– kredki (świecowe, ołówkowe),
– temperówka,
– pisaki, mazaki, czy zakreślacze,
– farby plakatowe lub akwarele, bądź jedne i drugie
– gumki do ścierania,
– pędzelki,
– nożyczki,
– klej,
– plastelina,
– blok rysunkowy lub techniczny lub jeden i drugi,
– bibuła,
– ryza papieru,
– zeszyt, kolorowanki, wycinanki itd…

sporo co? ha, a ja mam to z głowy :)

Punkt numer dwa to ciuchy. Mimo wielu promocji nie szalałam z zakupami dla mojego przedszkolaka. Nie od dziś wiadomo w jakim stanie potrafią być ciuchy trzylatka bawiącego się farbami, czy jedzeniem. Fakt kilka ciuszków kupiłam, ale tylko dlatego, że sępiłam na nie kiedy były w cenie regularnej, a teraz grzechem było ich nie kupić. Szafa Rubena pęka w szwach. Od kiedy w Lidlu pojawiły się wszelkiego rodzaju odzieżowe dwupaki (nie zważając na możliwość zgarnięcia nie swojego dziecka, ale za to w takiej samej bluzce) – wszystkie ciotki i babcie obsypują nas takowymi. W związku z powyższym dziecko moje ma do przedszkola iście lidlowską wyprawkę.

W przypadku posiadania odzieży identycznej jak większość małolatów wielce prawdopodobna jest podmianka ciucha. Żeby ułatwić Paniom odnalezienie właściciela nasze będziemy podpisywać. Można to zrobić za pomocą pisaka – wystarczy skrobnąć inicjały lub pełne dane na metce, czy gdzieś od lewej strony (czego ze względu na swój charakter pisma nie uczynię), albo zakupić naklejki lub naprasowanki z danymi dziecka – co też uczyniłam… w weekend szykuje się niezła zabawa. Podpisany ciuszek będzie łatwiej znaleźć również dziecku, szczególnie gdy oznaczymy go w łatwy do rozpoznania dla naszego szkraba sposób. Tego typu gadżety dostępneTUTAJ.

Do przedszkola oprócz tego w czym dziecko przywędrowało, warto mieć                     w woreczku, czy plecaku rzeczy na zmianę.

Potrzebne będą:

– dodatkowa bluzka, bluza, spodenki
– skarpetki, rajstopki i majtki

W naszym przypadku majtasy x3 – minimum. Niestety moje dziecko bezgranicznie pochłonięte zabawą zapomina o korzystaniu z toalety racząc nas małym szczoszkiem, ewentualnie niewielką dwójeczką i żeby nie było, absolutnie mu to nie przeszkadza w dalszej zabawie, a gdy człowiek mało spostrzegawczy… nie dojrzy zmiany sytuacyjno-bieliźnianej.

Gdy dziecko należy do grupy leżakującej potrzebna będzie jeszcze:

– piżama
– pościel

Grupa mojego syna jest grupą, która nie śpi.. ale po obiadku mają „odpoczywanie na dywanie” w tym celu musimy wyposażyć dziecko w poduszkę (jaśka).
Moje dziecko bankowo „odpoczywanie na dywanie” zamieni sobie w mała kimkę.. żeby podładować akumulatorki i „zarazić” swoją energią Panie Przedszkolanki.

Kolejnym ważną rzeczą do skompletowania wyprawki są:

– Kapcie, łapcie, paputki

Moje dziecko jest zwolennikiem biegania boso… to taki mały Cejrowski… no przystojniejszy znaczne.

No więc lubi biegać boso, ale do przedszkola wyposażyć go w łapcie- kapcie trzeba.
Ważne żeby były antypoślizgowe, na rzepy, wsuwane, ewentualnie zamek, sznurówki odpadają. Ponieważ kochający rodzice dbają o stópki swoich pociech przydałyby się buciki specjalistyczne, ortopedyczne i do tego ładne.

Oto moja propozycjaZOBACZ.

Fajne, wygodne i przede wszystkim nie sprawiają dziecku trudności w założeniu.
W przedszkolu, podobnie jak w domu ważne jest zachowanie podstawowych zasad higieny. Jeżeli dana placówka nie wyposaża w artykuły higieniczne, musimy zrobić to sami. Tym samym lista zakupów powiększa się o:

– ręczniczek,
– szczotkę, kubek i pastę do zębów,
– mydełko,
– chusteczki higieniczne,
– papier toaletowy,
– grzebień lub szczotkę

Jeśli dziecko nadal korzysta z pieluch, również musi je mieć przy sobie.

Żeby zapakować to i owo potrzebny będzie jakiś plecaczek. Lekki, kolorowy, wygodny dla waszej pociechy. Potrzebny będzie też worek na buty i worek (reklamówka) na brudne ciuszki. Na rynku dostępnych jest mnóstwo mini plecaków w różnych cenach. Rubenowy kupiliśmy w H&M za 39.90 zł

plecakR

 

Woreczki na buty dostępne są za niewielkie pieniądze w marketach. Nasz kupiliśmy w Biedronce za 3.99zł.

Jeśli wasze dziecko jest głodomorem (jak mój osobnik), albo odwrotnie jest niejadkiem i po waszym przyjściu od drzwi będzie domagało się wszelkiego rodzaju karmy… możecie zaopatrzyć się lunch box (pudełka śniadaniowe) i wrzucić do niego drobne, zdrowe przekąski… pozwoli wam to oszczędzić nerwowego szukania po torebce jakiegoś cukiera, który chwilowo zaspokoi głód. Maluch wciągnie to co ma w swoim magicznym pudełku i nie padnie z głodu zanim dotrze do domu.

My mamy dwie takie śniadaniówki, które niezastąpione są podczas wycieczek.

Piesek – IKEA, walizeczka Elmo – H&M

 

lunchbox

 Ja dodatkowo muszę wyposażyć moje dziecko w „aśkę” i „sikopa”. Zapytacie co to? To coś z czego niektóre wasze potworki nadal korzystają, a wstydzicie się przyznać :)

Moja gadzina w momentach kryzysu lub chęci zaśnięcia musi mieć przy sobie pieluchę tetrową( aśka) i smoczek (sikop). Tak wiem… co ze mnie za matka, że 3 latek smoka jeszcze ciumka… no ciumka i co z tego. Liczne próby rozstania spłonęły na panewce. Najwyraźniej nie jest gotowy. Jak będzie dam znać i będą świętować      z wami to wydarzenie.

Póki co ciumka swojego sikopa i rozdrapuje swoją tetrową aśkę na włókna pierwsze i wtedy jest wyluzowany i szczęśliwy.

Moje dziecko zabierze ze sobą swoje uspokajacze, a Wasze mogą zabrać ulubioną przytulankę, czy maskotkę. Cokolwiek co sprawi, że poczują się pewniej                       i bezpieczniej.

Drogie mamy, jeśli wszystko macie już gotowe na wielki dzień waszego przedszkolaka, pozostaje mi życzyć Wam mocnych nerwów i umiejętnego powstrzymywania łez pierwszego dnia września.

I pamiętajcie… przed salą przedszkolną szybki buziak i opuście gmach z podniesiona głową… bo możecie być dumne ze swoich pociech, które samodzielnie wkraczają w nowy etap swojego życia.

Pewnie do tematu przedszkola jeszcze niejednokrotnie wrócę. Bo to nie tylko dla mojego synka, ale i dla mnie ważny okres. Przed nami pierwsze występy, przedstawienia. Mam nadzieję, że moje dziecko będzie w nich brało czynny udział. Jeśli tak się stanie będą Was zamęczać sprawozdaniem z tego wielkiego wydarzenia..

POWODZENIA :)

Up, up and away…

Mój superbohater właśnie skończył 3 latka… czizys jak to szybko minęło… ani się obejrzę, a będę robiła dla niego wieczór kawalerski (tak, tak …. będę brała czynny udział w życiu mojego synka, a już na pewno podczas organizowania jego imprez)

 

rubenos

 

Oczywiście z tej okazji odbyła się wielka feta :)

No może przesadziłam… wielce rodzinna… jak duże przyjęcie można zrobić  mieszkaniu dla ok. 12 osób w środku lata?… W takich sytuacjach żałuję, że nie mamy domu z ogrodem. Marzę o wyprawieniu mega imprezy w ogrodzie dla mojego pierworodnego, oj wtedy dopiero wykazałabym się  kreatywnością.

Ale niestety mimo obierania różnych taktyk, obliczania rachunku prawdopodobieństwa, korzystaniu z systemu delta w totka trafić się nie udaję, a marzenia o domu z ogrodem są wciąż nieosiągalne. Także nie pozostaje nic innego jak odpalenie wentylatora i przygotowanie imprezy w domu.

 

Jak to w przypadku imprez dla syna mego jedynego bywa, imprezka była tematyczna.

Superbohaterowie zawładnęli naszym M4…. Spiderman, Superman, Batman, Hulk, Kapitan Ameryka, Wonder Woman, IronMan, Thor rozgościli się po kątach tworząc urodzinowe dekoracje. I to wszystko w komiksowej oprawie… wszystko dla mojego SUPER SYNKA.

 

ur.8

pow

 

   Komiksowy – mega kolorowy świat to zdecydowanie moja bajka. Do tej pory to moja ulubiona tematyka. Idealna nie tylko dla dziecka. Dorośli też świetnie się w niej odnajdują…  ja się odnalazłam … nie wiem, czy nie miałam większego fanu, niż Rubenos.

 

kabooooom

 

   Dzisiejszy post będzie obfitował w fotki. Gotowi?… Zobaczcie co stworzyłam. Może fotorelacja nie jest moją mocną stroną, ale starałam się. Doceńcie to :)

   Na takiej imprezie nie może zabraknąć słodyczy… żelki, cukiereczki, ciasteczka – było wszystko. Głównie pożarte przeze mnie.

 

jelly

ur.3

ur.4

ur.6

ur.7

 

Oczywiście co to za urodziny bez ciasta… Torcik zamówiłam biały w kropki + obręcz, resztę dekoracji dodałam od siebie…

 

10569009_10202251112829534_3880477539606533131_n

 

Dodatkowo zakupiłam babeczki kruche – słodkie… uzupełniłam masą z serka mascarpone z wanilią, udekorowałam świeżymi owocami i listkami melisy…

cake

Na rynku jest dostępnych mnóstwo gadżetów imprezowych dla dzieci, ale nigdy o takiej tematyce jakiej potrzebujemy. Dlatego większość dodatków musiałam zrobić sama…

Zrobiłam tyle na ile pozwolił mi czas… wydrukowałam, powycinałam, poprzyklejałam i generalnie byłam całkiem zadowolona… zrobiłam maski, pompony, pikery, chmurki, pow-y, bam-y, boom-y i inne takie i znowu nie wszystkie załapały się na foto.

A bohater imprezy… mój superbohater, nie mógł się zdecydować w którym kostiumie ma się zaprezentować, za kogo się przebrać. Fakt dzieciak ma wiele mocy… największą niewątpliwie jest wyprowadzanie matki z równowagi…ale to cudowne dziecko o wielkim serduchu… 

spider

hulk

Kostiumy solenizanta zakupione w H&M

Niestety konkretów jakie znalazły się na stole nie zdążyłam uwiecznić… nie opanowałam jeszcze sztuki bycia gospodynią, kucharką, kelnerką i fotografką w jednym.

No i raczej nie wypada, żeby goście czekali, aż mamita sięgnie po aparat i pstryknie kilka fotek dla potomności… tu znowu pojawia się chęć posiadania domu… gdzie w swojej wielkiej kuchni (takiej z wyspą i ze spiżarnią), zanim podam danie mogę je spokojnie upamiętnić nie narażając się na słowa krytyki wygłodniałej części familii.

Zachęcam ponownie do organizowania imprez tematycznych. To niezły ubaw nie tylko dla dzieciaków.

Jeśli potrzebujesz pomocy w organizacji takiej imprezy… daj znać, jestem mistrzynią w wyszukiwaniu inspiracji :)

yummy

Very Strawberry…

Sezon truskawkowy już dawno dobiegł końca. Truskawkowe szaleństwo zostało zastąpione malinowo-borówkowo-jagodowo- jeżynowym wariactwem.

Wcześniej jakoś nie miałam czasu podzielić się swoimi tworami, bo wiadomo WAKACJE, ale nadrabiam zaległości.

Zbliża się jesień, będzie chłodniej, będzie się działo… nie tylko w kuchni :)

Sezon truskawkowy chociaż krótkotrwały, u mnie w kuchni intensywny.

Gdy tylko pojawiły się truskawy pożerałam w nieprzyzwoitych ilościach mój ulubiony deser (niestety nie uwieczniony na fotkach z racji szybkiego pochłaniania) noszący „fachową” nazwę „Eton Mess”… to słodki bałagan rodem z Eton.

W skład deseru wchodzi bita śmietana, pokruszona beza i truskawki.                Przepis dostępny na wielu stronach, np. tu

Ja podpatrzyłam wieki temu u Nigelli. Szybki, pyszny, jeden z ulubionych.

 

truskawa

 

Czasami nachodzi mnie ochota na taką świeżą, chrupiącą bułę z dżemem truskawkowym. Podczas ostatniej takiej akcji nie pobiegłam do sklepu, tylko ciach pach i kilka niewielkich słoików było gotowych, żeby nie brakowało w razie nagłej zachcianki. Oczywiście dżem zrobiła za mnie maszyna, ja tylko przygotowałam składniki i rozlałam w słoiczki. Aj jakie gotowanie jest proste i przyjemne jak ma się w kuchni takiego pomagiera :)

Do przygotowania dżemu potrzebujemy:

1 kg truskawek, łyżeczkę soku z cytryny i ¾ opakowania cukry żelującego 3:1.

Wiem, wiem mogłam się bardziej postarać i nie używać produktów żelujących, ale smażenie owoców na dżem jest czasochłonne, a moja kuchnia musi być nie tylko smaczna, ale i szybka… mogłam też użyć naturalnych produktów żelujących, ale zwyczajnie ich nie dostałam.

Dlatego zmiksowałam truskawy, dodałam sok z cytryny, cukier żelujący i cukier brązowy. Gotowałam 15 min. Przelałam do słoików, szczelnie zakręciłam i ustawiłam do góry dnem na 5min. Po ostygnięciu dżemik znalazł miejsce w lodówce… a w odpowiedniej chwili na świeżej bułce… lądując w moim spragnionym dżemu żołądku.

 

dzemik   

 

Z przedszkolnych lat pamiętam smak pyz na parze (pampuchy, buchty) z sosem truskawkowym. No i co… znowu ciach pach, drożdże poszły w ruch, ciasto pięknie wyrosło, kluchy wyszły pyszne, a sosik yummmmmy.

Ruben pożerał w takim tempie i w takich ilościach, że szczenę zbierałam z podłogi. Udało mi się odtworzyć już jeden smak z dzieciństwa – yeah.

U mnie ciasto wyrabia mój Sous Chef…  po wyrośnięciu ciasta formuję zgrabne kuleczki i ustawiam na Varomie (to dodatek do mojego sous chef’a, czyt. thermomx’a, za pomocą którego gotuję na parze).

Sos truskawkowy również przygotowała moja zdolna maszyna, ale to nic trudnego wystarczy zmiksować truskawki, dodać cukier puder wg uznania i łyżeczkę cukru waniliowego, albo ziarenka wanilii… i podgrzewamy.

Po ściągnięciu z ognia można dodać błyskawiczny kisiel truskawkowy „Słodka Chwila” i zamieszać. Polewamy kluchy i wcinamy.

 

pyzy

 

Upalne dni pomagał mi przetrwać truskawkowy smoothie. Wylegując się beztrosko na balkonie, skitrana przed słońcem, raczyłam się orzeźwiającym, truskawkowym smakiem. Przygotowanie to też żadna sztuka, a truskawki wcale nie są składnikiem obowiązkowym smoothie, nadaje się każdy owoc. Wystarczy zblendować owoce –     u mnie truskawki, jogurt naturalny (albo mleczko kokosowe), cukier i kostki lodu (chyba, że truskawki są mrożone, wówczas lód można pominąć), ilość składników wg uznania.

 

smooothieee

 

Orzeźwienia dodać może również sorbet truskawkowy z miętową nutą.

Truskawki blendujemy z cukrem (ilość wg uznania), sokiem z cytryny (ok. łyżeczki) i kilkoma listkami mięty. Wrzucamy do zamrażalki i kilkakrotnie (co jakieś 30 min.) blendujemy lub mieszamy, aby pozbyć się kryształków lodu. Fotki dodam jak tylko je odnajdę – moje roztrzepanie nie zna granic.

Świeże truskawki były też idealnym dodatkiem do naleśników z serem.

 

nalesniki

Truskawki wylądowały też na placku drożdżowym. Do placka drożdżowego pasuje wiele owoców… u mnie w sezonie wczesnoletnim były to truskawki. Bardzo lubię cieplutki placek drożdżowy… a ponieważ lubię tylko świeżę i ciepłe ciasto drożdżowe, obowiązkowo z dużą ilością kruszonki… zniknęło szybciej niż się piekło.

 

drozdzowiec

 

Truskawki nie powiedziały jednak jeszcze ostatniego słowa. Zamrażarka jest wypełniona tym zacnym owocem po brzegi. W okresie zimowym będę mogła wrócić do letnich smaków.

Póki co cieszę się świeżymi owocami jakie aktualnie królują na straganach                  i  zajadam się moim Eton Mess w wersji „amerykańskiej”, czyt. z borówkami.

Idę na bułę z dżemem… Dobranoc

Wehikuł czasu to byłby cud…

Ostatni post mówił o tym, jak „niedojrzałą” istotą jestem, mimo „chrystusowych” lat. Nic na to nie poradzę, że lata mojej młodości tak dobrze pamiętam i tak trudno mi się z nimi rozstać…

Moje dziecko rośnie w zatrważającym tempie… czas płynie niemiłosiernie szybko… jeszcze niedawno mały berbeć, teraz już „duży” facet rozpoczynający przygodę z przedszkolem… co tu dużo gadać, sama niedawno byłam małą dziewczynką z kucykami (tak, tak miałam kiedyś długie włosy) i pamiętam te fantastyczne czasy jakby to było wczoraj…

Moje dzieciństwo wspominam jako jedno wielkie szaleństwo… całkowitą beztroskę… chciałabym, żeby mój syn miał równie cudne wspomnienia z tego okresu…

Za moich czasów jedynym obowiązkiem była szkoła, a po niej… hulaj dusza piekła nie ma – teraz ilość zajęć dodatkowych przeraża… a to dodatkowy język, szkoła muzyczna, szkoła tańca, basen, karate – czasu wolnego brak! Nie żebym negowała robienie z dziecka poligloty, lidera zespołu muzycznego, drugiego Maseraka,  ratownika WOPR, czy zawodnika KSW – nie, ale czy nasze dzieci muszą być każdą    z tych osób? Czy to wszystko jest im do szczęścia potrzebne?

Kiedyś czas spędzany po szkole na dworze (podwórku, polu jak zwał tak zwał), był czasem kiedy poznawaliśmy życie. Uczyliśmy się lojalności, samodzielnego rozwiązywania konfliktów, czy nawet przedsiębiorczości (sprzedając butelki             i makulaturę), rozwijaliśmy swoją sprawność fizyczną i intelektualną przy grach      i zabawach. Wszystko było jakby prostsze…

Nie muszę specjalnie wytężać umysłu, żeby przypomnieć sobie skakanie w gumę, kręcone… zabawę w podchody, dwa ognie… pikniki pod blokiem z koleżankami, lalkami, prowiantem… albo zabawę w piaskownicy w sklep wielobranżowy gdzie za kilka kamieni, czy foremkę piasku płaciło się liśćmi… pamiętam wypady na basen, na Piaski (zbiornik wodny)… pamiętam bitwy na śnieżki, lepienie bałwanów, wyścigi na sankach …. pamiętam wycieczki rowerowe i ogniska… kurcze jaką wtedy kreatywnością wykazywał się każdy z nas… zawsze mieliśmy co robić, czy to deszcz, śnieg, czy słońce. Zawsze wzorowa frekwencja mimo braku komórek, fb, czy innych takich. Zabawa kończyła się, gdy zbliżał się wieczór i z okien bloków po kolei wyglądali rodzice zwołując dzieciarnie do domów.

Rozstawaliśmy się z uśmiechem na twarzy i nadzieją na równie udane jutro.

Wspominając dzieciństwo nie mogę zapomnieć o smakach i zapachach tamtych dni… mimo chęci – niemożliwych do odtworzenia… pamiętam szklaneczkę, albo „woreczek” w syfoniarni (miejsce gdzie woda sodowa podawana była z saturatora)… pamiętam smak czereśni, gruszek, jabłek zdobytych niekoniecznie za zgodą właściciela i smak mirabelek rosnących przy drogach….. pamiętam lody śmietankowe w opakowaniu jak „po maśle”  kupowane na festynach, czy żużlu… pamiętam zapach sklepu nazywanego „u warszawskiego” gdzie kupowaliśmy gumy Donald…. pamiętam zapach pomarańczy będących rarytasem podczas świąt… zapach  i smak chleba z pobliskiej piekarni… aaa i smak pepsi w szklanej butelce…

Jejku… to były piękne czasy… czasy mojego cuuuudownego dzieciństwa… takie mi bliskie… ciężko mi się pogodzić z odejściem od tej beztroski…

Wspominałam o tym, że generalnie dojrzałam… stałam się odpowiedzialna etc… wiem, że teraz zamiast gry w gumę itp. trzeba zapierd… żeby mieć co do gara wrzucić bo już nie tylko lalkę ma się do wykarmienia… teraz zamiast płacić listkami płaci się plastikową kartą często z debetem… teraz zamiast biegania z koleżankami w czystym wariactwie, biega się za swoim dzieciakiem jak wariat… ale narzekanie niczego nie zmieni, trzeba się cieszyć tym, co się ma…

Wiem jedno: mimo tęsknoty za tamtymi czasami, tego co mam teraz nie zamieniłabym za żadne skarby świata!

Mój wehikuł czasu to fantastyczne wspomnienia i garstka oldschoolowych zdjęć. Zawsze mogę chociaż przez chwilkę stać się tą Paulinką z fryzurą cocera spaniela.

Być może nie odtworzę dla Rubena wszystkich smaków i zapachów tamtych dni.  Ale przynajmniej postaram się jak tylko potrafię, żeby jego dzieciństwo było równie beztroskie i cudowne jak moje. Wierzę, że będąc tak pozytywnie zakręconą… młodą duchem matką uda się 🙂 

PS.

Też macie taką dobrą pamięć?  🙂

Zone Romantica…

Piątkowy – walentynkowy wieczór miał mijać pod hasłem balu karnawałowego, ale towarzystwo się wykruszyło i z balu nici.

W związku z powyższym wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji na świecie, czyt. w naszym domu. We dwoje… młodzian został spakowany i odprawiony do dziadków. Także był czas, żeby przygotować wszystko na romantyczną kolacje dla ślubnego.

Od rana szybkie zakupy, doprowadzenie mieszkania do porządku, wstępne przygotowania do kulinarnych eksperymentów, zrobienie Siebie na bóstwo. Potem tylko odpalenie świec, muzyka w tle i można celebrować te wspólne chwile.

Rozpoczęliśmy od d… strony. Jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, rozpoczęliśmy od deseru do którego przymierzałam się od dłuższego czasu. Gdy tylko pojawił się na stole nie mogliśmy się opamiętać.

CHURROS z gorącą czekoladą – yuuuummmyyyyyy

 

churros1

churros21

 

Churros to pyszne hiszpańskie słodkości z ciasta parzonego. Wiele osób się zachwyca ich smakiem, więc koniecznie musiałam się pokusić o ich przygotowanie  i się nie zawiodłam.

Czizys… z tą gorącą czekoladą… lekko cynamonowy smak…eh nie da się opisać, trzeba spróbować… my pożarliśmy w błyskawicznym tempie cały stos.

 

churros31

Długo dochodziliśmy do siebie po takiej wyżerce, a w piekarniku czekała już pierś   z kurczaka ze szpinakiem i mozzarellą. Zapach był taki, że jakoś natychmiast zrobiło się w żołądku miejsce na danie główne. Mięcho serwowałam na sałatce z rukoli i bagietką natartą czosnkiem i oliwą z oliwek (kształt bagietki powstał wbrew mojej woli). Danie ozdabiał chips z żółtego sera w kształcie serca… wiem strasznie infantylne, ale trudno.

 

glowne

IMG_9135

 

Po tym wszystkim wydawać by się mogło, że już nic się nie zmieści. Oj jakże się myliłam…

Od początku wieczoru na stole stały i wołały mnie mini kanapeczki z serkiem śmietankowym i wędzonym łososiem. Miały jako pierwsze uraczyć nasze podniebienia, jako lekka przystaweczka. Wołały nawet głośno, ale ja – czekoladoholiczka nie mogłam się oprzeć gorącej czekoladzie i maczanym w niej churros. No nie mogłam.

Nic to… kanapeczki zawołały ponownie po daniu głównym i się doczekały.

Z radością skończyły tak jak powinny, tylko w odwróconej kolejności.

 

IMG_9072

 

Oj ciężko było odejść od stołu. Niby fajnie…razem, romantycznie, tacy piękni           w blasku świec. Ale brzuszyska pełne, błysk w oku okazał się łzą, która pojawiła się na skutek wysiłku jakim było podniesienie dupska z krzesła. Do kanapy niby niedaleko, ale to i tak nie lada wyczyn. Gdy już się udało… z hukiem runęły dwa ciała, aż sprężyny się odezwały. Miały się odezwać, ale z innego powodu ;)

I tak resztę wieczoru spędziliśmy przed TV sącząc jedynie lekkie drineczki. Obejrzeliśmy dwie genialne komedie, gdzie śmiechu było co nie miara, więc troszkę się spaliło :)

 

drin

Następnym razem deser podam w odpowiedniej kolejności.

Pomyślności i miłości…