Coraz bliżej Święta…

Słyszycie już dzwoneczki?
Mariah Carey naparza z odbiorników?
Wyczekujecie świątecznych reklam?… hmmm, czy tylko ja tak mam?

Tak kochani już za 35 dni święta…
Czas zasuwa jak szalony, więc najwyższy czas poczynić przygotowania…

Chociaż tegoroczne święta będą dla Nas wyjątkowo trudne, próbuję wykrzesać
z siebie jak najwięcej mocy, aby moje chłopaki poczuły trochę magii, w którą tak bardzo wierzą…. zresztą ta cała przedświąteczna bieganina robi lepiej i na Nasze, dorosłe głowy…

Nie wiem jak Wasze przygotowania do świąt, ale Frycek już od 2 tygodni ma przygotowany list do Mikołaja… namówił mnie na przytarganie z piwnicznych otchłani dekoracji świątecznych… i tym sposobem mamy już pozawieszane światełka, ulokowaliśmy kilka świątecznych kurzołapów, regularnie napawamy się zapachem świec cynamonowych… i kończę powoli kalendarz adwentowy… punkt obowiązkowy u Wrzosków.

Jako, że mnie poniosło to umyłam też okna… nie dlatego, że tak trzeba… że Jezusek się obrazi, jeśli tego nie zrobię… ale dlatego, że zamierzam je „wybrudzić”… czyli tak moi mili, powstaną malowidła, które będą fajną i niskobudżetową dekoracją świąteczną.

Lubimy w ten sposób przystrajać okna, lustra i inne powierzchnie płaskie… jest to szybkie i proste w wykonaniu, nie wymaga umiejętności, nie zagraca przestrzeni, nie łapie kurzu, wygląda zacnie… nic tylko tworzyć…

Do rysunków używam markera kredowego, którego bardzo łatwo można zmyć. Markery występuję w różnych kolorach… ja korzystam z białego, jako alternatywny dla śniegu w spreju, którego nie lubię, bo się obsypuje…


Technika wykonania – dowolna… można rysować z głowy, można skorzystać
z gotowych szablonów albo z drugiej strony okna przykleić rysunek i go odrysować… a co będzie przedstawiać wasze dzieło to już kwestia waszej wyobraźni… nie ma się co spinać, nie musi być perfekcyjnie… ma być po Waszemu…. to co spróbujecie???


Jeśli macie czas i ochotę to przypomnę, jeszcze zamierzchły post o zrobieniu papierowej gwiazdy, która też fajnie wygląda jako dekoracja okienna…. zerknij
o TUTAJ

Dopełnieniem świątecznego klimatu… taką wisienką na świątecznym torcie będzie choinka, która stanie u Nas na początku grudnia… a potem już tylko pieczenie pierników i innych smaczków.


Lubimy jak pachnie w domu ciasteczkami, więc pieczemy namiętnie i pochłaniamy… nie licząc kalorii, bo kto by to robił w tak pysznym okresie?!

Maślane renifery
Beza
Brownie
Praliny

Mamy też w kalendarzu adwentowym zadanie, aby przygotować coś słodkiego najbliższym… mamy przy tym spory ubaw, więc pielęgnujemy tą tradycję…

Pierniczki
Czekołyżeczki
Likierek

A jak u Was wyglądają przygotowania? Już działacie? Czy uważacie, że to zdecydowanie za wcześnie?

Podrzućcie swoje poczynania, niech będą inspiracją dla mnie i dla innych…

Mamo, mamo coś Ci dam…

Już za chwil parę każda mama będzie obchodziła swoje święto… a pamiętać należy, aby każdy dzień święty święcić.

Ja świętuję…bo czuję ogromną wdzięczność, że mam mamę i jestem mamą… więc tradycyjnie będziemy celebrować te chwilę.

W sklepach można kupić gotowe, dedykowane dla mam prezenty, ale umówmy się… kubek z napisem „najlepsza mama na świecie” ucieszy, a nawet doprowadzi do łez świeżo upieczoną mamę, która w swojej kolekcji nie posiada jeszcze takiego gadżetu…, ale dla już „długoterminowych” mam taki prezent okaże się średnio zadowalającym i wyląduje najpewniej na tyłach szafki, tuż obok tych z poprzednich lat.

Sprawienie komuś przyjemności przez upominek, to nie jest jakaś wyższa szkoła jazdy… wystarczy znać osobę, którą planujemy obdarować prezentem, albo uważnie jej słuchać…. wtedy wpadka Wam nie grozi.

Domyślam się, że każdy dobrze zna swoją mamę… wie, czy lubi czytać książki, ma swoje ulubione kosmetyki, czy perfumy, a może lubi biżuterię i wtedy nie masz dylematu co ją uszczęśliwi. Całkiem możliwe, że wspominała ostatnio, że zepsuł jej się zegarek, czy portfel, albo zgubiła ulubioną apaszkę… cyk pyk i masz plan na idealny prezent.

Pięknym prezentem dla mamy będzie również voucher na jakiekolwiek badania, na które sama nie ma czasu, albo odwagi się wybrać.

No i kwiaty, czy słodkości to zawsze dobry pomysł

Best Mom Ever

Ja obrałam taktykę, że wielokrotnie pokazuję co bym chciała posiadać, chcąc wbić to do świadomości młodego umysłu… potem robię podchody i pytam „jak myślisz, co mamusia chciałaby dostać w prezencie?”…. i ZONK… żaden nie pamięta… jednym słowem, do niczego ta moja taktyka, więc średnio polecam… i tak jak myślicie, kończy się na tym, że najczęściej sama robię sobie prezent, nazywając prezentem „od nich”… cóż jeszcze dużo nauki przed nami.

Żeby nie było, nie jestem jakoś wysoce wymagająca… owszem, czasami chciałabym dostać gifcik, który zapiera dech w piersiach, który zeszkli gałki oczne… ale moja ulubiona czekolada i świeże kwiaty, zawsze, ale to zawsze powodują uśmiech na moim licu… uwielbiam

Radują mnie również laurki i przedszkolne robótki ręczne moich dzieci… zbieram je pieczołowicie… bo wiem, że niestety ten okres niebawem się skończy i żaden już tak ochoczo nie wykona dla mnie takiego dzieła sztuki… ale może wtedy przyjdzie czas na ponowne wprowadzenie mojej taktyki z prezentami… hmmmbędziemy to ćwiczyć.

Tak, czy inaczej… KOCHANE MAMY… nie ma znaczenia, czy dostaniecie kubek, kwiaty, czy buziaka… najważniejsze, że JESTEŚCIE!!!

Mam tę moc… mam tę moc…

Jestem mamą, a jakie są twoje supermoce?
Wiecie o czym mówię? Nie?

To albo jeszcze nie doświadczyłaś macierzyństwa… albo jesteś tatuśkiem, który ciągle wierzy, że to on jest największym superbohaterem w domu… pfy…

Moje supermoce obudziły się we mnie wraz z przyjściem na świat ponad 3.5 kg chłopczyka, który po opuszczeniu moich trzewi wydał z siebie dźwięk przypominający małą kózkę…

 

To dokładnie w tamtym momencie ujawniła się moja pierwsza supermoc…

 

SŁUCH DOSKONAŁY… wśród ogólnego zamieszania i hałasu jaki panował na sali operacyjnej (cesarka) mój słuch wyłapywał tylko odgłosy mojej kózki… byłam skupiona, czujna i bardzo spokojna… wiedziałam, że to pozytywne dźwięki, że krzywda mu się nie dzieje…

Od tamtej pory moja supermoc nabierała tempa…

mimo 6 dzieci na sali, biorąc prysznic słyszałam, że to właśnie moje maleństwo nawołuje… doskonale słyszę każdy oddech moich dzieci… słyszę, kiedy zmieniają pozycję podczas snu… słyszę też każde przekleństwo, które sobie młodzian wymamrocze pod nosem w drugim pokoju…

tak, moi mili… mam słuch doskonały!

 

Kolejna moja moc dała o sobie znać, kiedy moje dziecko zapałało chęcią komunikacji z otaczającym go światem i ludźmi… kiedy zaczął gaworzyć, krzyczeć, gestykulować… każdy patrzył z wytrzeszczem oczu i dziwacznym uśmieszkiem „o co temu dziecku chodzi?”… a ja wiedziałam… zawsze wiedziałam, jakie są jego potrzeby… JĘZYK NIEMOWLĘCY nie jest mi obcy… mogłabym robić z tego doktorat… 

 

Potrafię też CZYTAĆ W MYŚLACH… w sumie potrafiłam to chyba już wcześniej… niejednokrotnie udawało mi się komuś wybić z głowy głupotę, zanim padło jakiekolwiek słowo, czy czyn… i to mi zostało, ale przy dzieciach nabrało mocy…

 

Zawsze zdążę złapać ancymona zanim skręci z kursu by wejść do kałuży w tenisówkach… albo zanim rzuci kamieniem, którym jeszcze przed chwilką się tak zachwycał… rzucę złowieszczo wzrokiem kiedy czuję, że przymierza się do oddania ciosu w stronę brata… wiem, co chce kiedy maślanymi oczkami patrzy i mówi „maaamooo”… po prostu wiem…

 

Z reguły przez całe życie wykazywałam się wysoką odpornością na ból (z wyjątkiem dentysty), ale dopiero przy dziecku odkryłam, że wbicie palca w oko, czy też nos… szczypanie, drapanie, czy gryzienie nie złamałoby mnie podczas torturowania, gdyby mnie np porwano w celu uzyskania jakiś tajnych informacji (ale takich nie mam, więc nawet nie próbujcie!)… 

 

Dzięki dzieciom odkryłam też, że nie będąc wampirem mogę FUNKCJONOWAĆ BEZ SNU.

Wcześniej wiedziałam, że można nie spać np 2 doby, bo jest fajna impreza i w ogóle, ale potem kolejne 3 to było odsypianie.. a teraz?

Teraz, ja matka od 5 lat przespałam może…. max 5 całych nocek… w sensie tak ciągiem jakieś 6h, bo to już szczyt marzeń aktualnie…

Od 5 lat mam regularne pobudki najpierw na cyca, potem na butle, ząbki, gorączki, siku, złe sny… czasami trzeba się wspomagać dużą ilością kawy, ale jak widać da się…

 

WIELOZADANIOWOŚĆ to też ważna supermoc, której bez wątpienia jestem posiadaczką… nie widzę problemu w robieniu obiadu z dzieckiem na ręku, przy jednoczesnym rozmawianiu przez telefon i robieniu listy zakupów, albo robieniu zakupów przez internet… mogę też jednocześnie ubierać dwójkę dzieci, nastawiając przy tym pranie i pisząc posta…

ot, taka zaradność…

 

Istotną supermocą matki jest ODWAGA… bez mrugnięcia okiem, pokonam każdego potwora czyhającego w ciemnym pokoju, przegonię najstraszliwsze koszmary i z uśmiechem na twarzy zajrzę w wypełnioną i najprawdopodobniej bardzo toksyczną pieluchę… kogo stać na taki akt odwagi? Na pewno nie ojca :)

 

O SILE matki też krążą legendy… wyrobione od wnoszenia na 3 piętro dzieci + zakupy, bicki mają moc… silne ręce matki rozdzielą każde, nawet najbardziej przylegające do siebie klocki lego, odkręcą każdy słoiczek, czy butelkę….

Barki matki uniosą nie tylko wspomniane dzieci i zakupy, ale też wózek, worek z zabawkami, parasolkę, tonę  makulatury (rysunki dziecka z przedszkola) i skarby znalezione przez dzieci na spacerze… jednocześnie!

 

Ponadto przy dzieciach nabyłam mocy PRZEISTACZANIA SIĘ… najczęściej jestem psem, kotem lub koniem… ale dzięki uprzejmości młodzieży zdarza mi się przyjmować ludzką postać i wówczas staję się niepokonanym Ninją, złowieszczym piratem, paralitycznym breakdancerem albo Michaelem Jacksonem (tak! czasami tańczę moonwalk)…

 

Dopóki nie stałam się matką nie wiedziałam, że posiadam jedną z najważniejszych supermocy… SUPERMOC UZDRAWIANIA… 

każde zdarte kolanko, czy skaleczony paluszek wyleczę jednym pocałunkiem… na gorączkę lub bolący brzuszek jak nic pomaga moja dłoń… przy takiej supermocy Marvelowscy superbohaterowie mogą się schować!

 

Tak moi drodzy… jestem Matką… Supermatką…

 

13255922_869136669898145_963930558481719984_n

przynajmniej dla moich dzieci…

a jakie są Twoje supermoce?

Naga prawda…

Jestem zboczona…

nie zawsze za taką uchodziłam, wręcz przeciwnie cicha, skromna…

wstydliwa, żeby nie rzec zakompleksiona… ale od pewnego czasu 

w oczach niektórych uchodzę za zboczoną…

A wszystko dlatego że wzięłam udział w projekcie fotograficznym The Milky Way i pokazałam kawałek ciała i przyssanego do niego osobistego syna…

The Milky Way to projekt promujący karmienie piersią i poruszający kontrowersyjny temat robienia tego w miejscach publicznych.

Więcej na ten temat możecie poczytać tu!

 

mama1

 

Moja przygoda z karmieniem piersią już dobiegła końca… dlatego cieszę się, że zdążyłam stanąć przed obiektywem Justyny Kuświk i uwiecznić ten moment.

 

mama

 

Sam proces karmienia nie był dla mnie najcudowniejszą chwilą macierzyństwa…  ale naturalną.

Nie czerpałam z tego żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie czułam ból i ogólny dyskomfort… ale w tym całym procesie nie chodziło o mnie, tylko o dobro moich dzieci.

Ja zostałam wyposażona w piersi (że mikroskopijne to już inna kwestia) wypełnione mlekiem czyt. przezajebiszczo bogatym w witaminy i inne cuda pokarmem i nie wahałam się ich użyć, zawsze wtedy, kiedy moje dziecko tego potrzebowało.

W obu przypadkach karmienie piersią nie trwało długo, ale dawałam z siebie wszystko, żeby zaspokoić potrzeby żywieniowe moich dzieci nawet jeśli musiało to być miejsce publiczne.

Nie oznacza to, że paradowałam do połowy roznegliżowana z ssakiem przy cycu, można to zrobić tak, że siedzący koło ciebie potencjalny hejter nie zauważy i tym samym oszczędzisz mu odruchów wymiotnych, a i obędzie się bez soczystej litanii skierowanej w twoją stronę, dotyczącej twojego „zboczenia”…

 

mama4

 

Może i jestem zboczona… ale wolę nakarmić dziecko w miejscu publicznym i narazić się na ewentualne zniesmaczenie, niż podawać jedzenie czyt. cyca dziecku w miejscu teoretycznie do tego przeznaczonym tzw. „pokoju matki z dzieckiem”…

Sorry, ale „kibla” u siebie w domu „pokojem” nie nazywam inaczej miałabym M5, a nie M4.

Jeszcze nie spotkałam takiego miejsca, w którym na osobności mogłabym nakarmić dziecko w warunkach przynajmniej minimalnie zbliżonych do domowych.

W każdym takim miejscu mieści się krzesło tudzież taboret, składany – wątpliwej jakości przewijak, umywalka i kibelek, a w powietrzu unosi się srylion bakterii i klasyczny „zapach” domestosa, czy innego kreta, który teoretycznie miał te bakterie wytępić…  ja za takie warunki na spożycie jakiegokolwiek pokarmu dziękuję…

Mogę uchodzić za zboczoną… bo śmiałam pokazać kawałek ciała przed aparatem dla fajnego projektu… bo śmiałam karmić moje dziecko w miejscu publicznym… bo kocham swoje dzieci najbardziej na świecie…

i mam w głębokim poważaniu fakt, że TY byś tego nie zrobiła!

Ja zrobiłam… dorzucając oliwy do ognia oświadczam, że przebierałam też dziecko w miejscu publicznym, a dokładnie w restauracji, która nie była wyposażona w jakiekolwiek pomieszczenie, które ułatwiłoby mi to zadanie ha! I co mi zrobisz? Nic mi nie zrobisz… jestem matką i zrobię dla swoich dzieci wszystko!!!!

 

mama3

 

Dodatkowo z całej tej akcji będę miała super pamiątkę… nie spodziewam się już powiększenia rodziny…  to były moje ostatnie chwilę z ssakiem przy cycu dlatego odważyłam się zrzucić łachy…

A, że modelka ze mnie jak z koziej dupy trąbką to już inna sprawa…

Ważne, że idea fajna, a i pamiątka na całe życie…

Dzięki Justyna

 

Zmiany u podwójnej mamy…

Kiedy urodził się Ruben nasze życie wywróciło się do góry nogami…

doświadczyłam zupełnie nowego uczucia… takiego, którego nie da się opisać… stał się dla mnie całym światem…

Miłość do tego małego człowieka wypełniała całe moje serce. 

Tymczasem pewnego dnia okazało się, że już wkrótce w sercu trzeba będzie zrobić miejsce dla nowego członka rodziny. 

Przez 9 miesięcy myślałam jak to będzie, czy się w ogóle da… przecież kocham tego mojego czorta ponad wszystko… jak to zrobić, żeby tą miłość podzielić… 

i nadeszła chwila, kiedy pokazano mi zawiniątko z wielkimi oczyskami… spojrzały na mnie, jakby chciały powiedzieć „w końcu Cię widzę mamusiu”… i stało się… zakochałam się tak jak 4 lata temu… i wtedy wszystko było jasne… wcale nie muszę szukać miejsca w sercu dla tego drobiażdżka, nie muszę dzielić mojej miłości… moja miłość się pomnożyła… 

kocham moich chłopaków szalenie… jestem wdzięczna za każdą chwilę z nimi spędzoną… mimo, że nie jest łatwo z dwójką temperamentnych osobników…

 

oni

 

Muszę przyznać, że jest kolosalna różnica między ogarnięciem jednego dziecka, a ogarnięciem dwójki – umówmy się małych dzieci… 

Z pierworodnym to był high life… 

młodzian po opróżnieniu cyca z nabiału zasypiał na dobre 3-4 godzinki… nie wiedziałam co to kolki, ulewanie… szczerze to nawet nie pamiętam, czy on w ogóle płakał… dzielny był jak franca, nawet na szczepieniach…

jedyne czego mogłabym się doczepić przez 4 lata jego istnienia to fakt, że od urodzenia jednorazowo budzi się w nocy… wcześniej na cyca, później na butlę, teraz żeby zwyczajnie nie dać się rodzicom wyspać i wgramolić się do wyrka ograniczając znacznie przestrzeń i serwując prze sen niekontrolowane ciosy w różne części ciała starych.

Tak, czy inaczej dziecko większość dnia spało, a matka mogła robić na co miała ochotę… chciała coś ugotować – dało się… posprzątać-dało się… wykąpać się – dało się… uciąć komara- dało się… wypić ciepłą kawkę – dało się… 

z drugim synem to już inna bajka… 

gość ewidentnie pokazuje faka morfeuszowi, zmuszając przy tym matkę do kupowania w ilościach hurtowych zapałek w celu podtrzymania powiek… 

tak moi mili, trafił mi się egzemplarz nie marnujący czasu na sen, mega ruchliwy, ciekawy świata, pałający chęcią bezustannego kontaktu z matczynymi wymionami… zresztą przedsmak temperamentu dał już z brzucha… nie wiem jak mogłam się łudzić, że po drugiej stronie będzie inaczej… 

i tym sposobem matka zapomniała jak smakuje ciepła kawa… posprzątać się udaję lekceważąc parskanie i kwiczenie wymuszające uniesienie dziecka z pozycji poziomej albo ulec tym dźwiękom i ogarnąć bajzel mając do dyspozycji jedną rękę, podczas gdy druga wyrabia bicki dźwigając skrzata… ugotować się udaję trącając od czasu do czasu nogą nosidełko w celu ululania delikwenta… o drzemce mogę zapomnieć… cudem znajduję czas na opróżnienie pęcherza moczowego po wypiciu zimnej kawy… 

Do tego, żeby nie było zbyt kolorowo między próbą przywrócenia porządku w domu i ewentualnym zagotowaniem wody koniecznie trzeba znaleźć czas dla starszaka, który domaga się uwagi zdecydowanie częściej niż wcześniej… 

dzięki temu możecie spotkać półprzytomną matkę na dywanie w pokoju chłopaków do połowy roznegliżowaną z ssakiem przy cycu… układającą wolną ręką lego ninjago lub grającą w grę właśnie wymyśloną przez kreatywnego 4 latka… 

także tego… butów nie musicie ściągać bo nie wysprzątane… kawę możecie sobie zrobić sami i dla mnie przy okazji… a w ogóle to może chwilkę ponosicie młodziana i pykniecie w gierkę ze starszakiem… a ja się kimnę… mogę?

Dupa… nie mogę!… oni mnie potrzebują… muszę być do ich dyspozycji 24h i mimo, że czasami padam ze zmęczenia jestem szczęśliwa… jak może być inaczej widząc szczęśliwe paszcze moich dzieci… 

a ja w końcu się ogarnę i odnajdę w tej nowej sytuacji i znowu będzie high life… chyba, że ktoś ma receptę na możliwie szybkie doprowadzenie do porządku siebie, domu i dwójki wyjątkowych dzieciaków???

 

3580

Kiedy widzę słodycze to kwiczę…

Niestety przyznam się bez bicia… jestem uzależniona od słodyczy.

Przestępstwu jakim jest spożywanie nadmiernej ilości cukru winna jest czekolaaada.

I to nie ta „zdrowsza” gorzka, z duża ilością miazgi kakaowej… o nie fuj, najpyszniejsza jest mleczna i  to w każdej postaci … w tabliczce, na batonikach, na cukierkach, owocach, galaretkach … mmmm mniam.

Generalnie każdego dnia, jak nie zjem czegoś co zawiera czekoladę jest źle.

W okresie świąt razem z Rubenem tworzyliśmy w kuchni różne słodkości.

W moim brzuchu one nie lądowały, bo lubię robić takie cuda, ale jeść już niekoniecznie. Dlaczego? Bo te konkretne nie miały mojej ulubionej czekolady.

Tak, czy inaczej wszystkie słodkości zniknęły w mgnieniu oka. Zostały pożarte przez resztę domowników, albo jak to przed świętami bywa rozdane po znajomych i rodzinie.

W Internecie jest mnóstwo przepisów na słodycze domowej roboty.

My skupiliśmy się na trzech propozycjach.

Nigdy nie trzymam się sztywno znalezionym przepisom. Inspiruje mnie zdjęcie albo program kulinarny i bach biorę się do dzieła..  zawsze zmieniam, dodaje coś od siebie. Zazwyczaj jestem z efektów bardzo zadowolona i wszystko skrzętnie notuje w swoim „przepiśniku” (czyt. zeszyt z przepisami) dla potomności.

Przedstawiam nasze świąteczne słodkości homemade

Makaroniki (ok. 30 sztuk)

makaroniki

4 białka – leżakujące w temp.  pokojowej 3 dni

szczypta soli

1,5 szklanki cukru pudru

¾ szklanki mączki migdałowej

0,5 szklanki cukru kryształ

Barwniki spożywcze

Nutella, bądź dowolna masa do przełożenia

Odstawione białka + szczypta soli ubijam na sztywną pianę dodając cukier kryształ. Mączkę migdałową wymieszać z cukrem pudrem i dodać do piany delikatnie mieszając , aż składniki się połączą. Dzielę na części i dodaję barwniki. Szprycą lub łyżeczką nakładam kleksy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Odstawiam do wyschnięcia na ok. 1h. Piekarnik nagrzewam do 160 st. Makaroniki wrzucam do piekarnika na ok. 10 min. Piekę przy lekko uchylonych drzwiczkach

Karmelki (ok. 20 sztuk)

karmelki1

250 ml śmietanki 30%

Ok. 10 łyżek cukru kryształ

¼ kostki masła

Laska wanilii

Wszystkie składniki wrzucamy do garnuszka na niewielki ogień i mieszamy, mieszamy i mieszamy.

Gdy masa będzie jednolita, lekko studzimy i rozlewamy do foremek silikonowych. Wstawiamy do lodówki. Po schłodzeniu karmelki gotowe.

Karmelki należy przechowywać w chłodnym miejscu!!!

Trufle (ok. 30 sztuk)

trufle1

100g./ tabliczka czekolady ciemnej

100g./tabliczka czekolady mlecznej

0,5 szklanki śmietanki 30%

2 łyżki masła

2 łyżki cukru pudru

2 kieliszki rumu

Kakao, cynamon lub inne posypki do obtoczenia trufli (ja użyłam smakowych cukrów dostępnych w markecie Lidl: rum-wanilia, imbir-pomarańcza, cynamon-jabłko)

Śmietankę podgrzać. Zdjąć z ognia dodać posiekaną czekoladę, cukier, masło             i alkohol. Wymieszać do uzyskania jednolitej masy. Ostudzić. Wstawić do lodówki, aż masa stężeje, gdy tak się stanie można formować kuleczki zbierając masę łyżeczką. Kuleczki obtaczamy w kakao, cynamonie, smakowym cukrze.

Trufle przechowujemy w chłodnym miejscu!

… i Voila – Smacznego

Ready … Steady … Go

update 29.06.2015

… jest sobie dziewczyna … baa kobieeta – mamuśka … sympatyczna, lekko zakręcona, pełna energii i pomysłów, o przeciętnej urodzie, podobna zupełnie do nikogo …

klasyczna Housewife (ale nie Desperate i zdecydowanie bez interwencji chirurga)   z wieloma pasjami.

Ma fioła na punkcie dwóch… od 2015 trzech przystojniaków … ślubnego Mariusza i rodzonego Rubena.

Lubi lato nad morzem i zimę w górach, lubi podróże nawet te palcem po mapie … lubi szatkować, gotować i jeść … lubi wycinać, rysować, kombinować …lubi ubierać i przebierać siebie, synów, męża … lubi ładne, funkcjonalne rzeczy i bibeloty … lubi pozować i fotografować … ogólnie wszechstronnie zdolna z niej bestia …

mało skromna?

trudno … mam na imię Paulina i witam na moim blogu :)