Naga prawda…

Jestem zboczona…

nie zawsze za taką uchodziłam, wręcz przeciwnie cicha, skromna…

wstydliwa, żeby nie rzec zakompleksiona… ale od pewnego czasu 

w oczach niektórych uchodzę za zboczoną…

A wszystko dlatego że wzięłam udział w projekcie fotograficznym The Milky Way i pokazałam kawałek ciała i przyssanego do niego osobistego syna…

The Milky Way to projekt promujący karmienie piersią i poruszający kontrowersyjny temat robienia tego w miejscach publicznych.

Więcej na ten temat możecie poczytać tu!

 

mama1

 

Moja przygoda z karmieniem piersią już dobiegła końca… dlatego cieszę się, że zdążyłam stanąć przed obiektywem Justyny Kuświk i uwiecznić ten moment.

 

mama

 

Sam proces karmienia nie był dla mnie najcudowniejszą chwilą macierzyństwa…  ale naturalną.

Nie czerpałam z tego żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie czułam ból i ogólny dyskomfort… ale w tym całym procesie nie chodziło o mnie, tylko o dobro moich dzieci.

Ja zostałam wyposażona w piersi (że mikroskopijne to już inna kwestia) wypełnione mlekiem czyt. przezajebiszczo bogatym w witaminy i inne cuda pokarmem i nie wahałam się ich użyć, zawsze wtedy, kiedy moje dziecko tego potrzebowało.

W obu przypadkach karmienie piersią nie trwało długo, ale dawałam z siebie wszystko, żeby zaspokoić potrzeby żywieniowe moich dzieci nawet jeśli musiało to być miejsce publiczne.

Nie oznacza to, że paradowałam do połowy roznegliżowana z ssakiem przy cycu, można to zrobić tak, że siedzący koło ciebie potencjalny hejter nie zauważy i tym samym oszczędzisz mu odruchów wymiotnych, a i obędzie się bez soczystej litanii skierowanej w twoją stronę, dotyczącej twojego „zboczenia”…

 

mama4

 

Może i jestem zboczona… ale wolę nakarmić dziecko w miejscu publicznym i narazić się na ewentualne zniesmaczenie, niż podawać jedzenie czyt. cyca dziecku w miejscu teoretycznie do tego przeznaczonym tzw. „pokoju matki z dzieckiem”…

Sorry, ale „kibla” u siebie w domu „pokojem” nie nazywam inaczej miałabym M5, a nie M4.

Jeszcze nie spotkałam takiego miejsca, w którym na osobności mogłabym nakarmić dziecko w warunkach przynajmniej minimalnie zbliżonych do domowych.

W każdym takim miejscu mieści się krzesło tudzież taboret, składany – wątpliwej jakości przewijak, umywalka i kibelek, a w powietrzu unosi się srylion bakterii i klasyczny „zapach” domestosa, czy innego kreta, który teoretycznie miał te bakterie wytępić…  ja za takie warunki na spożycie jakiegokolwiek pokarmu dziękuję…

Mogę uchodzić za zboczoną… bo śmiałam pokazać kawałek ciała przed aparatem dla fajnego projektu… bo śmiałam karmić moje dziecko w miejscu publicznym… bo kocham swoje dzieci najbardziej na świecie…

i mam w głębokim poważaniu fakt, że TY byś tego nie zrobiła!

Ja zrobiłam… dorzucając oliwy do ognia oświadczam, że przebierałam też dziecko w miejscu publicznym, a dokładnie w restauracji, która nie była wyposażona w jakiekolwiek pomieszczenie, które ułatwiłoby mi to zadanie ha! I co mi zrobisz? Nic mi nie zrobisz… jestem matką i zrobię dla swoich dzieci wszystko!!!!

 

mama3

 

Dodatkowo z całej tej akcji będę miała super pamiątkę… nie spodziewam się już powiększenia rodziny…  to były moje ostatnie chwilę z ssakiem przy cycu dlatego odważyłam się zrzucić łachy…

A, że modelka ze mnie jak z koziej dupy trąbką to już inna sprawa…

Ważne, że idea fajna, a i pamiątka na całe życie…

Dzięki Justyna

 

Zmiany u podwójnej mamy…

Kiedy urodził się Ruben nasze życie wywróciło się do góry nogami…

doświadczyłam zupełnie nowego uczucia… takiego, którego nie da się opisać… stał się dla mnie całym światem…

Miłość do tego małego człowieka wypełniała całe moje serce. 

Tymczasem pewnego dnia okazało się, że już wkrótce w sercu trzeba będzie zrobić miejsce dla nowego członka rodziny. 

Przez 9 miesięcy myślałam jak to będzie, czy się w ogóle da… przecież kocham tego mojego czorta ponad wszystko… jak to zrobić, żeby tą miłość podzielić… 

i nadeszła chwila, kiedy pokazano mi zawiniątko z wielkimi oczyskami… spojrzały na mnie, jakby chciały powiedzieć „w końcu Cię widzę mamusiu”… i stało się… zakochałam się tak jak 4 lata temu… i wtedy wszystko było jasne… wcale nie muszę szukać miejsca w sercu dla tego drobiażdżka, nie muszę dzielić mojej miłości… moja miłość się pomnożyła… 

kocham moich chłopaków szalenie… jestem wdzięczna za każdą chwilę z nimi spędzoną… mimo, że nie jest łatwo z dwójką temperamentnych osobników…

 

oni

 

Muszę przyznać, że jest kolosalna różnica między ogarnięciem jednego dziecka, a ogarnięciem dwójki – umówmy się małych dzieci… 

Z pierworodnym to był high life… 

młodzian po opróżnieniu cyca z nabiału zasypiał na dobre 3-4 godzinki… nie wiedziałam co to kolki, ulewanie… szczerze to nawet nie pamiętam, czy on w ogóle płakał… dzielny był jak franca, nawet na szczepieniach…

jedyne czego mogłabym się doczepić przez 4 lata jego istnienia to fakt, że od urodzenia jednorazowo budzi się w nocy… wcześniej na cyca, później na butlę, teraz żeby zwyczajnie nie dać się rodzicom wyspać i wgramolić się do wyrka ograniczając znacznie przestrzeń i serwując prze sen niekontrolowane ciosy w różne części ciała starych.

Tak, czy inaczej dziecko większość dnia spało, a matka mogła robić na co miała ochotę… chciała coś ugotować – dało się… posprzątać-dało się… wykąpać się – dało się… uciąć komara- dało się… wypić ciepłą kawkę – dało się… 

z drugim synem to już inna bajka… 

gość ewidentnie pokazuje faka morfeuszowi, zmuszając przy tym matkę do kupowania w ilościach hurtowych zapałek w celu podtrzymania powiek… 

tak moi mili, trafił mi się egzemplarz nie marnujący czasu na sen, mega ruchliwy, ciekawy świata, pałający chęcią bezustannego kontaktu z matczynymi wymionami… zresztą przedsmak temperamentu dał już z brzucha… nie wiem jak mogłam się łudzić, że po drugiej stronie będzie inaczej… 

i tym sposobem matka zapomniała jak smakuje ciepła kawa… posprzątać się udaję lekceważąc parskanie i kwiczenie wymuszające uniesienie dziecka z pozycji poziomej albo ulec tym dźwiękom i ogarnąć bajzel mając do dyspozycji jedną rękę, podczas gdy druga wyrabia bicki dźwigając skrzata… ugotować się udaję trącając od czasu do czasu nogą nosidełko w celu ululania delikwenta… o drzemce mogę zapomnieć… cudem znajduję czas na opróżnienie pęcherza moczowego po wypiciu zimnej kawy… 

Do tego, żeby nie było zbyt kolorowo między próbą przywrócenia porządku w domu i ewentualnym zagotowaniem wody koniecznie trzeba znaleźć czas dla starszaka, który domaga się uwagi zdecydowanie częściej niż wcześniej… 

dzięki temu możecie spotkać półprzytomną matkę na dywanie w pokoju chłopaków do połowy roznegliżowaną z ssakiem przy cycu… układającą wolną ręką lego ninjago lub grającą w grę właśnie wymyśloną przez kreatywnego 4 latka… 

także tego… butów nie musicie ściągać bo nie wysprzątane… kawę możecie sobie zrobić sami i dla mnie przy okazji… a w ogóle to może chwilkę ponosicie młodziana i pykniecie w gierkę ze starszakiem… a ja się kimnę… mogę?

Dupa… nie mogę!… oni mnie potrzebują… muszę być do ich dyspozycji 24h i mimo, że czasami padam ze zmęczenia jestem szczęśliwa… jak może być inaczej widząc szczęśliwe paszcze moich dzieci… 

a ja w końcu się ogarnę i odnajdę w tej nowej sytuacji i znowu będzie high life… chyba, że ktoś ma receptę na możliwie szybkie doprowadzenie do porządku siebie, domu i dwójki wyjątkowych dzieciaków???

 

3580

Rozpakowani…

Minęły 2 tygodnie od kiedy zostaliśmy rozpakowani z dwupaku…

brzuszek ciążowy poszedł w zapomnienie… pociążowy hmm to inna sprawa, pewnie zostanie ze mną jeszcze chwilę… mam nadzieję, że niewielką…

 

love

 

Nie będę tęsknić…  nie był to najcudowniejszy okres mojego życia, ani magiczny, ani wspaniały czas jak dla innych mam…

Ta ciąża kosztowała mnie wiele nerwów, bólu i łez…

Ale nie zamierzam się już nad tym rozczulać… dałam radę, już prawie zapomniałam…  a nagrodę mam najlepszą na świecie…

 

brzuchboy

 

Zostałam po raz drugi mamą… mam drugiego równie cudownego syna… nie mogło mnie spotkać nic lepszego…

 

misiupysiu

 

Także bez zbędnych ceregieli… ladies and gentleman przedstawiam Wam kolejnego przystojniaka w naszej rodzinie… FRYDERYKA…

 

Fryderyk

 

Brata Rubena… syna Pauliny i Mariusza…

Zdrowy, ważący 3400 chłopczyk…

29.06.2015 przyszedł na świat przez powłoki brzuszne, czyt. cesarkę

 

f

 

Mama i dzidziuś czują się dobrze…

Tata i brat cieszą się z nowego członka męskiej watahy…

 

oni1

 

Jesteśmy w komplecie…  Ja i oni…  Moje chłopaki…

Szczęściara ze mnie… KOCHAM!

Rocznica… bilans zysków i strat…

Dokładnie od 5 lat jesteśmy w posiadaniu idealnie dobranych obrączek, przy świadkach wsuniętych na palec serdeczny prawej ręki… no ok, chwilowo mąż jest, gdyż moje popuchnięte paluchy nie przyjmują tego szlachetnego metalu…

 

obraczki

 

Dokładnie dzisiaj mija 5 lat od kiedy w piękny słoneczny dzień, odpicowani jak nigdy, w genialnych nastrojach, z motylami w brzuchu… udowodniliśmy wszystkim jak bardzo się kochamy i jak bardzo jesteśmy gotowi założyć własną rodzinę…

 

myy

 

Składając przysięgę nie miałam najmniejszej wątpliwości, że dokonałam odpowiedniego wyboru… że to ten właściwy, ten jedyny…

ten, który poradzi sobie ze mną w każdej sytuacji, który utemperuję, który sprowadzi na ziemię, gdy będę fruwać w obłokach, który podbuduje, który przytuli, który uszanuje moje wybory i zawsze będzie we mnie wierzył, który będzie najlepszym ojcem na świecie, który będzie najwierniejszym przyjacielem, który odda ostatnią kostkę czekolady, mimo, że jęzor mu ucieka do d…, który mimo braku chęci ruszy by zrobić mi herbatę, ten przy którym mogę czuć się bezpieczna zawsze i wszędzie, przy którym starość będzie drugą młodością… nie mogłam trafić lepiej… dzięki ci za to…

 

my

 

5 lat… to dużo, ale nadal za mało…

a jaki bilans?… bilans zysków i strat…

Nie wiem, czy jest sens podsumowywać nasze małżeństwo w ten sposób…

Bo zwyczajnie nie odnotowałam żadnych strat.. za to zyskałam tak wiele, że zastanawiam się, czym sobie na to zasłużyłam… mam męża, który nie jest idealny, ale jest moim ideałem… mam syna, który jest moją dumą, moją siłą, moim największym szczęściem… wkrótce zyskam kolejnego faceta do kochania… czego mogę chcieć więcej… mam ich, mam wszystko…

Bilans dodatni! 

Kocham ślubnego chyba jeszcze bardziej, niż w dniu składania przysięgi… mimo, że gość potrafi niejednokrotnie wyprowadzić mnie porządnie z równowagi…

Ale takie są uroki bycia w związku… nie zawsze trzeba spijać sobie z dzióbków…. byłoby za słodko, za nudno… bywają gorsze dni… może nie, że kryzysy, ale takie zwyczajne ciche dni, czy godziny raczej… kiedy to odnosimy się do siebie bardziej oficjalnie, jesteśmy wobec siebie bardziej ironiczni niż zwykle, ale z reguły tak jak spontanicznie się to zaczęło, tak spontanicznie, aczkolwiek w przyjemniejszych okolicznościach się kończy…

 

my1

 

Mimo wszystko te wspólnie spędzone lata dowodzą tego, że potrafimy stworzyć jedną całość… że idealnie się uzupełniamy, że tworzymy zgrany team, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji…

Mimo szczerych chęci nie będzie hucznego świętowania tego dnia…

tą naszą 5 – „drewnianą” rocznicę z powodów od nas niezależnych spędzimy zgodnie z jej nazwą… padając na twarz, żeby nie powiedzieć na ryj ze zmęczenia jak kłody drewna, ale spokojnie kochanie… odbijemy sobie!!!

Tymczasem życzę sobie i Tobie bejbe, kolejnych lat w miłości i szczęśliwości… a reszta przyjdzie sama!

Zone Romantica…

Piątkowy – walentynkowy wieczór miał mijać pod hasłem balu karnawałowego, ale towarzystwo się wykruszyło i z balu nici.

W związku z powyższym wieczór spędziliśmy w najlepszej restauracji na świecie, czyt. w naszym domu. We dwoje… młodzian został spakowany i odprawiony do dziadków. Także był czas, żeby przygotować wszystko na romantyczną kolacje dla ślubnego.

Od rana szybkie zakupy, doprowadzenie mieszkania do porządku, wstępne przygotowania do kulinarnych eksperymentów, zrobienie Siebie na bóstwo. Potem tylko odpalenie świec, muzyka w tle i można celebrować te wspólne chwile.

Rozpoczęliśmy od d… strony. Jakkolwiek dwuznacznie to brzmi, rozpoczęliśmy od deseru do którego przymierzałam się od dłuższego czasu. Gdy tylko pojawił się na stole nie mogliśmy się opamiętać.

CHURROS z gorącą czekoladą – yuuuummmyyyyyy

 

churros1

churros21

 

Churros to pyszne hiszpańskie słodkości z ciasta parzonego. Wiele osób się zachwyca ich smakiem, więc koniecznie musiałam się pokusić o ich przygotowanie  i się nie zawiodłam.

Czizys… z tą gorącą czekoladą… lekko cynamonowy smak…eh nie da się opisać, trzeba spróbować… my pożarliśmy w błyskawicznym tempie cały stos.

 

churros31

Długo dochodziliśmy do siebie po takiej wyżerce, a w piekarniku czekała już pierś   z kurczaka ze szpinakiem i mozzarellą. Zapach był taki, że jakoś natychmiast zrobiło się w żołądku miejsce na danie główne. Mięcho serwowałam na sałatce z rukoli i bagietką natartą czosnkiem i oliwą z oliwek (kształt bagietki powstał wbrew mojej woli). Danie ozdabiał chips z żółtego sera w kształcie serca… wiem strasznie infantylne, ale trudno.

 

glowne

IMG_9135

 

Po tym wszystkim wydawać by się mogło, że już nic się nie zmieści. Oj jakże się myliłam…

Od początku wieczoru na stole stały i wołały mnie mini kanapeczki z serkiem śmietankowym i wędzonym łososiem. Miały jako pierwsze uraczyć nasze podniebienia, jako lekka przystaweczka. Wołały nawet głośno, ale ja – czekoladoholiczka nie mogłam się oprzeć gorącej czekoladzie i maczanym w niej churros. No nie mogłam.

Nic to… kanapeczki zawołały ponownie po daniu głównym i się doczekały.

Z radością skończyły tak jak powinny, tylko w odwróconej kolejności.

 

IMG_9072

 

Oj ciężko było odejść od stołu. Niby fajnie…razem, romantycznie, tacy piękni           w blasku świec. Ale brzuszyska pełne, błysk w oku okazał się łzą, która pojawiła się na skutek wysiłku jakim było podniesienie dupska z krzesła. Do kanapy niby niedaleko, ale to i tak nie lada wyczyn. Gdy już się udało… z hukiem runęły dwa ciała, aż sprężyny się odezwały. Miały się odezwać, ale z innego powodu ;)

I tak resztę wieczoru spędziliśmy przed TV sącząc jedynie lekkie drineczki. Obejrzeliśmy dwie genialne komedie, gdzie śmiechu było co nie miara, więc troszkę się spaliło :)

 

drin

Następnym razem deser podam w odpowiedniej kolejności.

Pomyślności i miłości…

Przez żołądek do serca…

W przygotowywanie posiłków wkładam całe serce… a jak robię to dla moich chłopaków to w dosłownym tego słowa znaczeniu :)

To co serwuje ma nie tylko smakować, ale i ładnie wyglądać… a ja staram się, żeby tak było.

Propozycja mojego ostatniego deseru może być inspiracją do zbliżających się walentynek. Gdzieś widziałam zdjęcie podobnego deseru i musiałam zrobić – po swojemu.

Wystarczy: galaretka (czerwona) sztuk dwie. 

Białe serduszka to niewielka ilość ciepłego mleka z odrobiną cukru pudru i żelatyny. Zostawione do zastygnięcia w płaskim naczyniu i wykrojone foremką w kształcie serca.

Serduszka przykleiłam do pucharków (od wewnątrz) i zalałam delikatnie galaretką. Do tego bita śmietana, owoce – pycha.

 

galaretka

 

Pomysłem na odrobinę walentynkowych słodyczy mogą być również pyszne maślane ciasteczka np. z dedykacją, takie jak robiłam z Rubenkiem dla dziadków z okazji ich święta

Przepis prosty, a smak ciastek… yummy

Wystarczy zagnieść ciasto z:

ok. 2 szklanek mąki

kostki masła

szklanki cukru

1 jajka

1 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 łyżeczki cukru waniliowego i 1 łyżeczki cynamonu

2 łyżek soku pomarańczowego

Ciasto po wyrobieniu należy schłodzić w lodówce, potem wystarczy wałkować i wykrawać dowolne kształty, wrzuć do piekarnika nagrzanego do 180 st. na ok. 8 min. i voila… 

Ozdabiamy wg uznania. Ja przed pieczeniem zrobiłam w ciasteczkach dwie dziurki (słomką) przez które przełożyłam wstążkę do zrobienia kokardki

 

ciacho

 

Przy okazji zrobiłam kilka mniejszych ciasteczek do kawy (takie do nałożenia na kubek… dla męża oczywiście)… tu z masą marcepanową :)

 

kawa

 

Tymczasem układam w głowie menu na tegoroczną walentynkową kolację, a właściwie po-walentynkową, ponieważ 14 lutego idziemy na bal :)

W ubiegłym roku dla mojego lubego przygotowałam sushi, a dla siebie owoce i czekoladowe fondue… yummy… jak można spożytkować pozostałą ciepłą czekoladę podczas romantycznego wieczoru?…  nie muszę podpowiadać 🙂

 

walenty